O S I O Ł E K

POCZĄTEK POWIEŚCI      

 

 

 

            Wiele jest wsi na świecie, wiele jest różnych zagród, ale żadna z nich nie jest tak nietypowa jak nasza. Ja, Miron Kopytko, osiołek od urodzenia, jestem jednym z jej mieszkańców, a  co chcę opowiedzieć, to zdarzenia, które zdumiały wszystkich naszych obywateli i pokazały, że najdziwniejsi są ci, którzy uważają, że są całkiem normalni. Wypadki, które się u nas wydarzyły, koniecznie powinny być  opowiadane i powtarzane wszystkim dookoła, bo one  uczą. A czego one uczą? Czegoś uczą, ale  mnie nie pytajcie, zapytajcie tych, którzy się już nauczyli.  Każdy z nas ma jednak swoje zdanie na ten temat, więc posłuchajcie, posłuchajcie mojej prawdy,  uwierzcie  Mironowi Kopytko, uwierzcie osłowi od urodzenia. 

 

Najpierw  naszkicuję  plan zagrody. Słyszałem, że na coś takiego mówi się plan sytuacyjny, ale osobiście nie przejmuję się tym.  

 

Więc mieszkaliśmy w wielkiej stodole, która miała  starą, rzeźbioną bramę i dlatego wszyscy nazywali ją starą stodołą. Naprzeciwko nas,  drugą  stronę placu zajmowali oni, ich brama była już nowa, elektrycznie otwierana, z kamerą i na pilota. Gospodarz przychodził, naciskał i samo szło. Mając taką bramę, oni czuli się lepsi, po cichu nazywali nas  ciemniakami i uważali, że tylko dzięki takim jak oni, nowoczesnym i postępowym,  świat porusza się   do przodu. My jednak uważaliśmy, że wszystko, co starsze jest lepsze i dlatego pielęgnowaliśmy wszelkie tradycje. Wiedzieliśmy, że nowe to czasem podejrzana historia, więc mieliśmy u siebie stary dach, stare ściany, stare sprzęty, furmanki, drabiny, grabie, beczki, nawet stare problemy –  i wszystko było dobre. Uznawaliśmy  to za bliskie,   znane, bezpieczne i  nasze, a  co należało do nich, już z góry mieliśmy za  niepewne. W ten sposób nie żyliśmy w zgodzie, bo oni byli liberalni, a my konserwatywni i właśnie od kiedy naprzeciwko nas pojawili się liberałowie, zaczęły się konflikty.   Nie mam nic przeciwko naszym sąsiadom, nie mam nic przeciw liberałom, ale prawda jest taka, że  mają oni tę  jedną wadę: pewnego dnia wymyślili postęp, rozwój i nowoczesność i od tego się zaczęło.  Mogli sobie żyć tak jak my, spokojnie, uczciwie, w kontakcie z przyrodą i tradycją,  ale nie, oni musieli zacząć z tym postępem. Wymyślili cywilizację, wybrali wolność, a potem jeszcze uparli się, aby nas tym wszystkim uszczęśliwić.  Wiadomo jednak nie od dziś, że do takich, którzy wolność kochają ponad wszystko, zlatują się problemy i rzeczywiście – pojawiły się one w wielkiej ilości. Mówiąc inaczej, problemy szły przez świat, a kiedy zobaczyły naszą zagrodę, przystanęły i powiedziały:  Hej, tutaj wyznają wiarę w postęp! Zostajemy!...  A warto  pamiętać, że każdy problem ma wiele rodzeństwa i bardzo dużą rodzinę, mówi się nawet, że na co dzień chodzą one  parami. Mogliśmy doświadczyć  tego na każdym kroku, ale o szczegółach opowiem za chwilę. Liberałowie dokuczali nam, jak mogli,  my z kolei dogryzaliśmy im. Ogólnie, mieliśmy o sobie złe zdanie i stale się o coś podejrzewaliśmy, a to była doskonała pożywka dla problemów.  Kiedy kogoś z nas ukąsił   bąk albo trzmiel, było wiadomo, że był liberałem, gdy znów pszczoła lub osa ugryzła liberała, oni twierdzili, że była to prawicowa  oszołomka.  Jeśli z ich strony szły mrówki, mówiliśmy: uwaga, nadchodzi mrowie lewaków. Jeśli  leciały na nich komary, oni znów mówili: o,  leci  chmara  radykałów. Zawsze tak było, że zanim pojawiły się wielkie problemy, zjawiały się małe oskarżenia, dlatego od pewnego czasu uważam, że wysuwanie oskarżeń to pierwszy sygnał  nadchodzących problemów. Jako osiołek nieważny i nierozumny być może chociaż w tym jednym jestem jednak  trochę rozumny.

 

Pośrodku placu rosła duża śliwa, która wszystkim nam dawała cień i pod którą często się zbieraliśmy, aby rozmawiać, co na  świecie słychać. Rozmowy często kończyły się kłótniami, bo oni sądzili, że jesteśmy ciemni a my, że oni są głupi.   Śliwa na jedną stronę placu zrzucała  śliwki postępowe, a na drugą  konserwatywne. Często próbowaliśmy jednych i drugich i kłóciliśmy się o to, które są słodsze. Jeśli chodzi o mnie, to nie widziałem różnicy, ale nie mówiłem o tym głośno, bo  w sprawach ważnych łatwo jest o pomyłkę, a poza tym mógłbym od jakiegoś byczka dostać rogiem albo kopytem. Takiemu,  któremu smakowały  śliwki postępowe, niektórzy nie  wybaczali – w tych sprawach naprawdę trzeba było uważać. Nie było  niczym złym pogrymasić na własne, mówić że są niedojrzałe albo kwaśne, ale powiedzieć, że  śliwka postępowa jest jak miód – to już było ryzyko.    Podobno z tych swoich  śliwek liberałowie robili  kompoty, ale nie było to pewne. W każdym razie coś jednak zażywali, bo czasem chodzili po skosie i jedli różne trawki. Liberałowie w ogóle nie lubili chodzić prosto. Nawet kiedy droga biegła prosto, oni wybierali  wolność i czasem lądowali w pokrzywach. Kiedy wymyślali  tytuły, to zazwyczaj dziwne i przewrotne, na przykład: czarne czyli białe,  owca, czyli wilk, pies czyli kot i tym podobne.  Często zastanawiałem się, dlaczego liberał nie lubi mówić tak jak jest, ale widzi wszystko na opak. Nigdy jednak  nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Chyba chodzi o tę  wolność, która jest podobno bardziej atrakcyjna  niż wszystko inne.

 

 

 

 

 

 

 

Tamten dzień był, taki jak poprzednie. Rano  po różnych przepychankach dopchałem się do żłoba, zjadłem coś, nawet nie pamiętam co, ale na pewno to samo co wcześniej,  popiłem wodą i  odszedłem zadowolony.  Na placu było już sporo zwierząt, kilku osobom powiedziałem: cześć, ale usłyszałem tylko raz, jak ktoś mi odpowiedział: cześć. Pomyślałem wtedy, że z kulturą osobistą w stodole nie jest najlepiej, ale wtedy właśnie niechcący nadepnąłem  pewnemu baranowi na nogę. Co się pchasz, smarkaczu  – usłyszałem. I wtedy dotarło do mnie, że jest dobrze, bo przecież  taki baran mógł mnie bodnąć w serce, mógł  rozpruć brzuch, albo kopnąć w zadek, więc  stwierdziłem, że mimo wszystko dobrze  zaczął się mój dzień. Żyję, oddycham, ktoś nawet mnie  dostrzegł, ktoś pozdrowił, ktoś inny obraził... W sumie całkiem nieźle. Bywało przecież o wiele gorzej.    

 

Po placu chodziły barany, owieczki, osiołki, gdzieniegdzie krowa lub byk, wszystko szło normalnie, aż tu nagle zadzwonił dzwonek. Okazało się, że trzeba już iść do szkoły, bo nadeszła ósma. 

 

Nie wiem, jak jest tam, po drugiej stronie śliwy, ale u nas przed wejściem do stodoły każdy pcha się, jak umie. Wchodziliśmy do stodoły, już spóźnieni, dlatego nie było takiego tłoku, jak zwykle. Dla mnie nie stanowiło to różnicy, bo  i tak wchodziłem w towarzystwie moich przyjaciół: Janka-baranka i osiołka Igora. Z nas trzech Janek-baranek był   najmądrzejszy i  wszedł pierwszy, Igor był najsilniejszy i wszedł jako drugi, ja wśród nich byłem najmłodszy, dlatego wszedłem jako trzeci.  Tego dnia,  jak zwykle, znów byłem  na końcu, ale żyłem i to było pocieszające.

 

Na drugiej lekcji  pojawił się u nas  Wielki Osioł wraz z Okularnicą, która zawsze  miała dużo do powiedzenia. Ważniejszą rolę grał  jednak Wielki Osioł.  Był to komisarz oddelegowany jakiś czas temu do naszej stodoły, który przekazywał nam rozkazy Unii. Nie nazywał się on Wielki Osioł, tylko my go tak nazwaliśmy, bo istotnie, osioł to był wielki: miał nienaturalnie długie nogi, duże uszy, wielkie i szerokie zęby oraz   ogromny łeb, w którym na pewno mieściło się sto tysięcy unijnych rozkazów. Naprawdę nazywał się Albert Kromka, ale wszyscy mówili na niego Wielki Osioł i on też tak o sobie mówił. Widać było, że lubił władzę, stanowiska, zaszczyty, chciał być wielki i bardzo podobał mu się tytuł Wielkiego Osła. Każdy chciałby być w czymś wielki i on był. 

 

Tego dnia przyszedł jak zwykle z wielką teczką pod pachą, ale od razu uroczyście stwierdził, że Unia Zwierząt Wolnych i Równych zarządziła nadejście nowych czasów.  Mówił coś jeszcze, ale my, to znaczy ja z chłopakami, zaczęliśmy się zastanawiać, co to są te nowe czasy. Bo niby to już kiedyś słyszeliśmy,  o tym już jakby się mówiło, one jakoby już nadchodziły, ale dopiero, kiedy osioł powie coś takiego na głos, wiadomo, że to prawda.  Szeptaliśmy więc między sobą i  zastanawialiśmy się (może po raz dziesiąty), czym mogą być nowe czasy i w ogóle czym jest ta Unia.  Unia Zwierzątek Równych i Wolnych, Unia zjednoczonych czworonogów, Unia łbów otwartych i zakutych –  ale nic nam na myśl  nie przychodziło. Nie wiedzieliśmy kto, kiedy, komu,  w czym i którędy, a najważniejsze  – nie wiedzieliśmy po co. Po co ktoś ją kiedyś założył. Po co do nas przychodzi. I po co ta Unia gada teraz tak groźnie w osobie  Wielkiego Osła. Słuchając jednak jego słów,  zrozumiałem, że  powoli, powoli, ale wszystko będzie inaczej.  Wielki Osioł stwierdził bowiem, że w swej tajemniczej, skórzanej  teczce ma wszystkie dyrektywy Unii i  taki będzie porządek w naszej szkole, jaki te  dyrektywy określą. Za pomocą odpowiednich  kampanii, projektów i szkoleń on, Wielki Osioł,  przedstawiciel  Unii Zwierząt Wolnych i Równych,  nauczy nas nowej kultury, wychowa nas ku przyszłości i wdroży w ten nowy, postępowy czas.

 

 

 

 OSIOŁEK (inne fragmenty)

 

 (…)

Z postępowej obory, stojącej nieco  dalej,  wyszła grupka kilku postępowych zwierzątek i zaczęła machać jakimiś transparentami. Domyślałem się, że są to hasła postępowe i że wszyscy będą teraz postępowali w naszą stronę. Byłem ciekawy, czy są to hasła ogólne, czy może  mówią one coś o nas, konserwatystach.  Do zebranych dołączali kolejni, w ten sposób powstał mały pochód. Wyglądało na to, że akcja nie miała związku z witaminami Igora i że  jego śliwki nie  wywołały wojny. O coś innego tu chodziło. O coś ważniejszego niż śliwki i witaminy. 

Dokładnie oglądnąłem sobie pochód i stwierdziłem, że każdy osioł, baran, wół czy indyk miał na sobie jakiś barwny element. Wstążkę, perukę,  pióropusz lub ponczo; pewna świnka włożyła różowe legginsy, a  biegnące z tyłu prosiaczki miały ma ogonkach kolorowe wstążeczki. Widać było, że są bojowo nastawione, bo prosiaczki wydłużyły ryjki i nachmurzyły swoje świńskie czoła.

–  Przegrupowują się – rzekł zaniepokojony   Igor, który przestał już   strzelać w   ich stronę.

Dołączył do nas Janek-baranek i we trójkę komentowaliśmy to, co się działo.

– Formują grupę szturmową.

– Zwyczajnie pójdą  do ataku...

– Już otaczają...

– Zadepczą nas!...  –  trwożliwie zawołał Janek.

– Może tylko rozgniotą?... – szepnąłem z nadzieją.

Ta nadzieja wzięła się stąd, że wszystkie postępowe zwierzątka formujące pochód jakby się zawahały. Nagle przystanęły i  dany znak wszystkie  wyciągnęły  lizaki i z rozkoszą  zaczęły je lizać. Mniam, mniam, chrum, chrum, mlask, mlask... Patrzyliśmy na to jak na teatr, bo u nas nikt nie zachowywał się w ten sposób. 

– Liżą! –  zawołał Igor.

– Liżą, liżą!... 

– Stuprocentowo liżą!... –  wykrzykiwaliśmy z podziwem.

– Liżą lizaki!...

– I mlaskają!... –  zauważyłem.

– Siorbią i cmokają!... –  dodał Janek-baranek. 

– Cmokają, a ja jeszcze słyszę: cium-cium!  Ciumkają!... – starałem się być precyzyjny.  –  Słyszycie?...   Brzmi nawet ładnie...

Kiedy już wszyscy mieli kolorowe języki, nagle wyciągnęli je w naszą stronę i do tego wybałuszyli oczy. Widocznie nam, przedstawicielom tradycji, chcieli coś pokazać. Istotnie, dopiero teraz zauważyłem, że wszystkie zwierzątka są prawie gołe, a grube pośladki prosiaczków świeciły się w słońcu na  różowo. Zrobił się niebywały skandal. Postępowe zwierzątka celowo zaświeciły w nas golizną i w ten sposób oszołomiły. Oszołomiły, aby przejąć nasze pozycje i wepchnąć nas w jeszcze większą konserwę. 

– Nie cofać się! Nie cofać! –   krzyknął Reks.

– Duma! Duma na czoło!...

– Nagość zwalcz –   honorem!... Szczegóły golizny –  ignoruj!...   

– Sława to żart!... Goły tyłek to żart!... –   krzyczeli nasi.

Jednak po ich tonie poznałem, że sytuacja jest poważna. Wobec świńskiej nagości nikt nie potrafił zachować spokoju.  Zaatakowali nas od skóry, od ciała, od wstydu. Nas, czyli  zwierzątka, które szanują porządek, tradycję i jednak chodzą ubrane normalnie. Mimowolnie patrzyliśmy na  gołe liberalne uda, postępowe piersi, lewicowe brzuchy, a prosiaczki wypięły się jeszcze, demonstrując swoje wielkie słońcem oświecone  pośladki.  Pomyślałem, że może istotnie, postęp przychodzi przez goliznę i każdy ubrany powinien się wstydzić,  ale szybko przestałem myśleć. W tym momencie wszystkie  demonstrujące zwierzątka zerwały się, zaczęły biec pod śliwę, tam przystanęły i  na dany znak wzniosły do góry trzymane transparenty.  Wszystkie były skierowane w naszą stronę.

 

 

Świat ponury, bez natury,

niech się schowa w bure mury.

 

 –  przeczytałem na pierwszym. Nie tylko ja czytałem. Wszyscy obecni na placu konserwatyści intensywnie zaczęli studiować treść wzniesionych haseł. Były one  napisane  czerwoną farbą na różowym tle, co znaczyło, że te kolory wiele dla liberałów znaczą.  Odtąd zrozumiałem, że różowe majtki, które  mama zakładała mi w dzieciństwie, a których tak nie znosiłem,  były majtkami postępowymi. Bo róż to właśnie kolor postępu.  

 

Kicz   powagi, ponurości 

–  nie pokona w nas  radości! 

 

– głosiło następne hasło. Poczuliśmy się obrażeni, bo żaden z nas nie czuł się kimś takim jak kicz powagi. Ta   demonstracja prowokowała nas do odpowiedzi i to chyba chciał nam uprzytomnić Janek-baranek, który od razu zwołał nas pod stodołę. Zebraliśmy się w małym kółku,  ale Igor już nie wytrzymał. Odbiegł w stronę tamtych i zawołał: 

– Nie masz  mózgu ani grama. Patrz jak płacze twoja mama!...  

Zwierzątka  nie zareagowały na okrzyk, ale kiedy kolejna  śliwka rzucona przez Igora uderzyła kogoś po tamtej stronie, postępowi się wściekli. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Nagle wszyscy liberałowie sformowali pochód szturmowy i skierowali się naszą stronę, jakby szli do ataku. W tym samym momencie poczułem, jak miękka liberalna śliwka rozbija mi się koło ucha.   Igor od razu został trafiony dwiema, a Janek-baranek dostał prosto w oko. Dwa psy, Czaruś i Pimpek,  podbiegły nam na pomoc i zwoływały resztę. Ze stodoły wybiegł   Stary Baran. Widząc, co się święci, stanął na czele naszej grupy i  zawołał:

– Na  barykadę!... 

W ten sposób wszyscy poczuli się wezwani. Najpierw zameldowali się Reks z Barim, do nich dołączyło kilka osłów, ze stodoły w podskokach przybiegli Rafałek i Romek,  a z pola na czele  kilkunastu byków i  krów  gnała z odsieczą krowa Wandzia. Nadzieja wstąpiła w nasze serca. Czaruś uniósł przednią łapę i zaintonował słynną  powstańczą pieśń:

 

Nigdy z postępem nie będziem w aliansach,

choć ząb   moderny  sięga nam do  szyi.

Kto z świętą wiarą  rusza po  zwycięstwo 

–  łeb utnie żmii!... 

 

Wszyscy rzuciliśmy się do pracy. Pimpek z kolegami przywlekli drewniany wóz, Igor z jakimś baranem taszczył już stare drzwi od kurnika, Janek-baranek niósł snopki, Wandzia dyszel na rogach, baran Grubas żelazny łańcuch, cielątko  przywlokło skądś puste puszki po konserwach i układało z nich zasieki przeciwczołgowe.

–  Tu akurat nie ma mamy i taty –  pokazywało wszystkim otwarte puszki. – Więc można.

Na Starego Barana leciały postępowe śliwki, ale ten  złapał za flagę i umieścił  ją na szczycie barykady.  

–  Pieśń! –  zabeczał. –  Pieśń potrzebna!...

Czaruś znowu uniósł łapę i wszyscy zaintonowali:

 

Nie wiesz gdzie padli   ojciec twój i   matka,   

czy-li  i  ciebie śmierć dziś nie pokona,                  

lecz wrogom nie daj, w świętej krwawiąc walce,        

nawet ogona!...

 

Nagle postępowi zerwali się do ataku i całą armią byków, baranów i osłów  zaszarżowali na  barykadę. W naszą stronę poleciał grad kukurydzy i zasypała nas masa śliwek.  Dostawaliśmy śliwkami, ale i im robiliśmy śliwki, bo my też rzucaliśmy w nich czym się dało: burakami, brukwią, fasolką, grochem i kapustą. Ale efekt był niewielki.  Oni nie cofali się, ale  wciąż ponawiali ataki.  Krowa Wandzia pierwsza zrozumiała, że właśnie dzieje się historia. Złapała za jakąś pustą księgę, przysiadła za rogiem stodoły i  zapisywała strona po stronie.

– Wy tam, kurna, walczcie, a ja pisać bede!  – zaryczała tak, żeby było ją słychać.  – Pisać historie bede! Raportować mi i nie zmyślać, nie cyganić!... 

Jej apel bardzo szybko zyskał uznanie. Kolejni uczestnicy podbiegali, salutowali i składali meldunki.  Wandzia pisała, a wół Józef, który szybko do niej dołączył,   zebrał młodzież, ustawił w kilka grup i  głośno  odczytywał  relacje Wandzi-dziejopisarki. Po prostu na świeżo, na żywo, już –  przekazywał toczące się dzieje następnym pokoleniom. Słuchały go małe byczki, jałówki, osiołki, jagnięta,  kurczaki i króliki  i na bieżąco konfrontowały tekst  z historią. Wszyscy sprawdzali, czy gdzieś nie ma cygaństwa w dziejach i czy  toczą się według tego, jak mówiły raporty. 

Nagle wół Józef dał znak i wzniósł łeb w górę. Wszystkie małe byczki, jałówki, osiołki, jagnięta,  kurczaki i króliki wstały na baczność i wyrecytowały jednym tchem:

O, jakichże  przodków mamy, o.

Spiżowe ich imiona, o.

Czas ich  nie pokona, o.

W rzekę się przelała, o.

Krew czerwona święta, o.

Z żył ich wyciągnięta, o.

 

Młodzież usiadła. Wół pokiwał głową, zaakceptował występ i dalej na żywo relacjonował dzieje. Po chwili wziął wskaźnik i pokazywał na barykadę jak na mapę. 

– Tu są obrońcy – mówił. – Tu postępowcy. Pamiętajcie, to nie my, to oni.  Atakują frontalnie.  Widzicie? Wypuszczają prawe skrzydło.  Okrążają nas.  O, jakaś samotna szarża. Nasz bohater. Jeszcze jedno święte imię, które musicie znać. Musicie znać i już. Musicie...  O, nasi przygotowują kontratak. O, idą,  o...

Wół Józef przerwał. Rzeczywiście, nasze wojsko szturmowało teraz barykadę, którą zdążyli wznieść liberałowie. Byłem zachwycony odwagą naszych.  Wołki, krowy, jałówki, osły, barany, owieczki, kozy i kozły, cały nasz drób, tak liczny i krzykliwy, atakował frontalnie,  ofiarnie, heroicznie, szaleńczo. Było to natarcie z zaskoczenia, szło przeciw wszelkim przewidywaniom przeciwników i w ogóle pod prąd historii. Teoretycznie nie mieliśmy szans, oni byli w przewadze. Nauczyłem się już, że liberalni są w sojuszu z przyszłością, z jutrem, dlatego oni zawsze będą w przewadze, a my będziemy jak straceńcy. I rzeczywiście – szturmowaliśmy jak straceńcy. Na ślepo, na gwałt, na zabój, na chama. Niewiele z tego wychodziło, bo przyszłość była po ich stronie, ale  nagle na czoło wysforował się  jakiś stary byk, który zawołał:

– Hej, kochani sojusznicy tradycji, szlachetnie urodzeni, lepsi z krwi i z metryki, oświeceni i wyniośli. Eminencje, ekscelencje, magnificencje, arystokraci życia i ducha, ale także wy, zaściankowi ciemniacy i  prości głupole, wszyscy wy  bracia kochani!... Przecie barykady liberałów, tych heretyków, schizmatyków, wszeteczników, rozpustników, sybarytów, tych przeciwników wiary, a wyznawców konopi, smakoszy marychy, grzybków i kompotów frontalnym atakiem nie zdobędziemy!  Nie  frontalnym  atakiem, mówię, tylko konceptem, inteligencją, manewrem, fortelem jakowymś, tak samo jak  nasi przodkowie barykady swych, dawnych a minionych wrogów, zdobywali!... Więc nie jak dzicy lećcie, wy szlachetne eminencje, ekscelencje i magnificencje, nie jak dzicy bezrozumni arystokraci, ale jako przebiegli i roztropni wojacy!...  

I posłuchali go. Konserwatywne mózgi ruszyły, zaczęły działać. Tyrt-tyrt-tyrt, bum-bum-bum, szu-szu-szu. A potem przeszły na taki poziom rozruchu, że zaczęły  huczeć, dudnić i walić, aż ten wielki intelektualny namysł  osłów-filozofów, baranów-publicystów, indyków-artystów przerodził się w czyn.   

I tak liberalna barykada wzniesiona ze słomy, wozów i desek, została  prawie zdobyta. Genialny manewr oskrzydlający, który wykonywano na naszych oczach,  był prawdziwym cudem. Dział się cud  nad liberalną barykadą.  Liberałowie drwili z cudów, ale teraz przez cud zostali pokonani.

Zrozumiałem, że w walce bierze udział najbardziej uzdolniona, najbardziej patriotyczna część młodzieży, kwiat zagrodowej młodzieży, po prostu najlepsi z chlewa i stodoły, nasi prawicowi prymusi historii, a wół Józef i krowa Wandzia, którzy z takim zaangażowaniem opowiadają dzieje,  realizują jakiś projekt. Być może  jest to projekt unijny. Widocznie  wół Józef razem z krową Wandzią  wypełnili wnioski  o  dofinansowanie w ramach funduszu międzypokoleniowej spójności (tak to się chyba nazywa), a  ich projekt został przyjęty i od Unii dostali  granta.   

Ale nagle obok nich pojawił się  baran Grubas. Znałem barana Grubasa. Był to jeden z najbardziej grubych baranów, a do tego jeden z najbardziej konserwatywnych baranów. Żadna wielka sprawa, którą żył barani ród, nie mogła ominąć barana Grubasa. Baran Grubas podszedł do krowy Wandzi i bez żadnego przywitania, machnął jej przed nosem swoim baranim kopytem.

– Nie możecie pokazywać historii na bieżąco  – stwierdził krótko.  – Nie możecie!...

– A niby to czemu, kto nam zakaże, no kto?!...  Kto?...

Krowa Wandzia zamierzyła się rogiem i niewiele już brakowało do wybuchu bijatyki wewnątrz naszego obozu. Baran Grubas  wcale się jednak nie przestraszył. Przeciwnie, stał się nerwowy  jeszcze bardziej.

– Nie możecie! Nie wolno i już!... 

Idź, zarazo, bo jak cię kopytem albo rogiem machnę!...

Baran odskoczył na moment, ale wymierzył w Wandzię takie spojrzenie, że ją całkiem zatkało.

– Kto pisze historię bez komentarza, ten pisze historię bez zrozumienia!  –  zawołał, stojąc w bezpiecznej odległości.  –  Ten pisze nieprawdziwą historię! Historia musi mieć rozumienie! Musi, musi, musi!...

Baran rozkręcał się i  krowie Wandzi  nie dawał  dojść do głosu. 

– Dzieje bez logiki są zakazane i to w każdej postaci, rozumie krowa?... Logika nadaje im sens i wskazuje na Opatrzność w dziejach!... Opatrzność kieruje dziejami i prowadzi je w stronę Dobra i to właśnie odsłonić ma komentarz!... Nie ma dziejów biegnących bez kierunku, krowo Wando!... Nie ma!... Trzeba zrozumieć historię, aby wznieść się ponad czas i  aby unicestwić bezsens dziejów!... Unicestwić bezsens dziejów i w ogóle czas –  czy to jest jasne?...

Krowa Wandzia włożyła długopis między zęby i zaczęła nerwowo go gryźć.

– Ja by tam chciała unicestwić, czemu nie?... Ale ja ta sie tam na unicestwianiu nie znam, ja tylko tu tak pisze... Ja tam nie chcę zadzierać z czasem, psia mać... 

Wół Józef patrzył na tę scenkę, ale robił swoje. Jego osoby Stary Baran nie krytykował, może dlatego, że Wandzia była bliżej, a może dlatego, że wół Józef nie miał  wielu krytyków.

Bitwa toczyła się jednak ciągle, dzieje działy się na bieżąco już bez komentarza, wtem  ktoś podbiegł i zawołał barana Grubasa na barykadę. Kiedy ten odszedł, wół Józef pokazał na niego i rzekł do młodego pokolenia:

– Tak to jest, młodzi... Uczcie się życia... W naszym obozie panuje wolność, bo konserwatyści to stworzenia żyjące dla wolności, ale konserwatyści żyją także dla  wspólnoty, więc kiedy jesteś konserwatywnym indywidualistą, zostajesz aresztowany właśnie w imię wspólnoty... 

Ale cud nad barykadą to nie był koniec historii. Lewica wysłała swoje ostatnie oddziały koni, osłów i starych baranów, a wtedy walka nagle się  wzmogła. Teraz już nie tylko śliwki i kukurydza latały w powietrzu, także marchewka,  kalafiory i groch z kapustą, w powietrzu latało liberalne nie wiadomo co, jakiś lewicowy miszmasz pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Ziarno,  słoma, słowa, kartofle, okrzyki, patyki, całe i pokawałkowane idee, teksty przekleństw,  kawałki ironii,  dzieła pełne kpiny, fragmenty wzięte z kultury szyderstwa i drwiny, proste groźby i  jabłka,  buraki  i  zalewajka.  W powietrzu latały też kaczki, gęsi i dzikie osły, które nagle dostały skrzydeł i zmieniły się w pegazy.   Bitwa była tak gwałtowna, że oni otaczali nas, a my ich i już nie wiadomo było, gdzie są  oddziały liberalne, a gdzie konserwatywne. Zauważyłem zresztą, że część naszych zaczęła przychylać się ku postępowcom i atakować nas od środka. A wtedy... a wtedy do głosu doszły nasze słynne zdradzone indory.

– Gul gul gul gul!... – zagulgotał jeden z nich. 

– Gul gul gul gul!... – odpowiedział mu drugi.  

– Zdrada! – krzyknął kolejny.  

– Zdrada!...

– Zdrada!...

– Zdrada!...

Coraz mocniej wznoszony głos rozpalił je do czerwoności i szybko nad naszą barykadą uniósł się ten jeden olbrzymi  wrzask:

– Zdra-da!...

Postępowcy zyskiwali wyraźną przewagę. Zachodzili nas z lewej i prawej strony, a barykada, którą wybudowaliśmy, była już w połowie rozbita. Jeden z dużych plecionych koszy stoczył się z niej i wylądował pod moimi nogami. Szybko wziąłem go, aby przenieść na lewą stronę, gdzie zobaczyłem dużą wyrwę, gdy nagle zatrzymały mnie dwa młode, dobrze wyćwiczone byczki. 

– Mamy cię! – zawołali. – To ty  rozbijasz barykadę!... 

– Oszaleliście?!... Właśnie przenoszę ten kosz na lewo, bo tam jest wyrwa w obronie!...  Patrzcie!...

Pokazałem im, o co mi chodzi, ale one w ogóle mnie nie słuchały.

– Dywersant!... – zawołał jeden z nich. – Mamy dywersanta!...

Kiedy usłyszały to słynne zdradzone indory, błyskawicznie  przybiegły i dysząc ze zmęczenia, znalazły się tuż obok. 

– Od kiedy jesteś po ich stronie?!... Gadaj!...

– Nie jestem po ich stronie! Jest wyrwa w barykadzie, nie widzicie?!... – zawołałem. – Chciałem ją załatać tym koszem!... 

Dwa słynne zdradzone indory, które przybiegły pierwsze, patrzyły na mnie bardzo nieufnie. Zanim się odezwały, trzy śliwki upadły obok nas. Za chwilę, tuż przy nodze  jednego z indorów, znów rozległo się głośne pac,  pac, pac.  Ten odskoczył szybko, ale już dwie następne śliwki wylądowały  obok niego.

– Ot, liberalny pomiot...  –   syknął przestraszony i przesunął się jeszcze trochę w bok.

– Zasadniczo nie ma nic przeciwko niemu, może naprawdę chciał naprawić tę barykadę?... – jeden z byczków popatrzył na mnie trochę życzliwiej.

Widać było, że drugi też jakby mi odpuścił.

– Czy jesteście z jednej rodziny?... W jakiejś zmowie z nim?!... – zagulgotał  drugi z indorów. –  Liberalny tajniak chroni swojego TW!... No, tego się można było spodziewać: agentura na całej linii!...  – gulgotał cały się przy tym czerwieniąc.

Pierwszy szybko się dołączył. 

– Wszędzie tylko sługusi, agenci, kolaboranci,  defetyści, oportuniści, nihiliści, i kapitulanci!... Karierowicze, wazeliniarze, lizusy i  przychlasty!... W sumie zdrajcy, kurna zdrajcy!... O, jak ma przetrwać rzeczpospolita konserwatywna, skoro takie bezhołowie grasuje w  zagrodzie!... Czyż nie lepszego losu winna oczekiwać?... Czyż nie wykarmiła swych dzieci chlebem  porządku, mlekiem wartości, miodem wykształcenia, zupą etosu i  kartoflami  najświetniejszych wzorców?!... Kapustą słusznych przyzwyczajeń?!... Czy nikogo już nie stać na  prawdziwą, dozgonną, bohaterską i heroiczną wierność?!...  Nikogo, osły, nikogo?!...  Podczas gdy ona, rzeczpospolita konserwatywna, jest krajana, deptana, zdradzana, dźgana, opluwana, sprzedawana i wyszydzana w różnych gadzinowych publikatorach, a teraz atakowana przez... 

Nagle  został trafiony śliwką prosto w dziób i chyba połknął pestkę, bo oczy wyszły mu na wierzch i  zaczął się dławić. Drugi podbiegł do niego, pochylił się i pod ostrzałem ziaren kukurydzy, mocno uderzył go  w plecy. Tamten jakby podskoczył, gulnął dwa razy, po czym popatrzył na nas wzrokiem uratowanego.

– Żyję, choroba, żyję... 

Potem  wytrzeźwiał nieco i  zwrócił się w stronę  atakujących liberałów.

– Ale tej śliwki, to  wam, kurna, nie daruję... – wyszeptał.

Pomyślałem, że skoro mówił tak barwnie, to może i należy on do słynnych zdradzonych indorów, ale z duszy jest kimś innym. Bo owszem,   jest indykiem, ale też  świeżo upieczonym artystą, poetą, który stał się twórczy właśnie tu, na polu walki i  owszem, działa   jak  wkurzony żołnierz, ale mówi  pod natchnieniem poety.  

Byczki złapały mnie w pół i pod ostrzałem wycofaliśmy się nieco do tyłu, w pobliże psiej budy, która teraz stała pusta.

– Jeśli nie ma nic przeciwko niemu – wskazał na mnie pierwszy indor – to tym gorzej, bo to znaczy, że oni są doskonale  zakonspirowani...  Agentura w najlepszym wydaniu... Rozumiecie?!... – huknął i  oba byczki  i od razu stanęły  na baczność. – Aresztować go!... Rozkazał. 

Pierwszy byczek nie był jednak przekonany do tego, co usłyszał. Ale zanim zdołał się ruszyć,  znowu spadł na nas grad pocisków.  

– Uciekać!... – krzyknął jeden z indorów. – Znowu strzelają kukurydzą! Zaraz będą nas   tłuc kolbami!... 

Wszyscy rozpierzchliśmy się na różne strony, gdy nagle atak został wstrzymany. Przez chwilę trwała cisza, po czym stało się coś dziwnego. Walczący liberałowie wycofali się za śliwę, na swoje terytorium, a od ich strony zaczęła zbliżać się do nas  jakaś nieuzbrojona grupa. W pierwszej chwili pomyślałem, ze to posłańcy, którzy idą wynegocjować zawieszenie broni. Widocznie oni też doszli do wniosku, że walka nie ma sensu, kiedy na polach i we żłobie leży jeszcze tyle niezjedzonego ziarna, tyle brukwi, ziemniaków, marchwi, buraków i innych bezcennych surowców. Byłem przekonany, że liberalne wojsko chce ruszyć w pola. Bo po co walczyć,  kiedy można jeść? Jedzenie lepsze jest niż wojna. Po co  myśleć o ideach, kiedy można przytyć? U liberałów to typowe, że wielkie sprawy czekają w kolejce, najważniejszy jest owies w brzuchu.  Ale szybko się okazało, że to nie byli posłańcy, bo nie mieli flagi. Zbliżali się dużą grupą i szli jakoś tak dziwnie, poważnie, ponuro. W naszych konserwatywnych szeregach zapachniało niepewnością i grozą. Bo zdążyłem już poznać, że niepewność i groza to ulubione perfumy każdego konserwatysty.  

– Idą szalikowcy!... –  ktoś zawołał.

– Rapersi, rapersi  –  wołał inny.

– Skejtowcy, do cholery!...  –  wołał piąty.

– Nie, to dyskobije!...

– Skinheadzi!...

– Killersi!...

– Neofaszyści!... 

– Satanaiści!... 

– W każdym razie Antychrysty!...

Teorii było tyle, ilu  świadków.  Ale idący jakby ożyli. Zaczęli podrygiwać, podskakiwać,   hasać, kołysać się, machać nogami, łbami, ogonami, tak jakby było im lekko i wesoło. 

– Oni tańczą! –  krzyknął nagle ktoś z naszych szeregów. –  Patrzcie, kiwają się na boki!... 

– To hipisi!... –  zawołał inny.

– Hiphopowcy!...

– Hipsterzy!...

– Sprayowcy!...

– Klubowicze!...

Wszyscy byliśmy zdezorientowani. Nagle się wyjaśniło. Na podaną komendę, liberałowie ściągnęli odzież i zaczęli hasać prawie na golasa. Wkrótce stu gołych, baranów, osłów, byczków, cielaczków, sto krów, świń i nieopierzonych kur zaczęło biec w naszą stronę  z dzikim wrzaskiem oszalałych golasów.  Widać, był to ich celowy zabieg, bo nagle przystopowali, złapali się pod boki i bujając się już swobodnie  przed barykadą, wspólnie zaśpiewali: 

 

Hej goli, hej goli zjednoczmy się w piosence!

Niesiemy światu pokój –  mamy gołe   ręce.

Golizna uspokoi, rozgrzeszy  cię od razu  –

zakochaj się  w nagości  własnego  krajobrazu.

 

Potem rzeczywiście złapali się za ręce i szli w wesołych, swobodnych pląsach wprost na nas.

– Przerwać ogień! – zawołał Stary Baran, który nagle wyrósł na  jedynego dyktatora w naszym obozie.

Na jego komendę konserwatywne śliwki i ogórki przestały fruwać w powietrzu, a prawicowe  kartofle z powrotem włożone zostały do koszy. Nagle stało się jasne, że jesteśmy zupełnie  bezradni wobec tej fali wesołości, która nas nadchodziła. Wobec tańca, zabawy i golizny nasza konserwatywna zasadniczość znalazła się we wstydliwym zakłopotaniu. Po prostu staliśmy na barykadzie chroniącej prawicowe wartości i nie wiedzieliśmy, co robić.

– Zachodzą nas od strony kultury! – krzyknął ktoś z tyłu.  

– Natężyć powagę!...

– Nie rozluźniać się!...

– Zewrzeć szeregi!... 

– Huknąć pieśnią!...  

– Przywołać przodków!... 

– Religią w nich!... 

– Rytuałem!... 

– Tradycją, tylko tradycją!...

Pomysłów było tyle, ilu było walczących, ale zawołanie o kulturze miało wielu zwolenników. Przez szeregi konserwatywnych elit stacjonujących w naszym chlewiku i przy zagrodzie przeszedł pomruk akceptacji.  

– W kulturze, w kulturze rzecz! 

– Kontratakujmy kulturą!...  Kulturą i już!...

– Kulturą w nich!...

– Z kulturą – bij!...

Domyśliłem się, że to  nasi prawicowi filozofowie, intelektualiści i publicyści  odpowiedzieli na  sytuację. Zwołali się na sesji naukowej, uruchomili mózgi, wdrożyli odpowiednie myśli i w końcu  zrozumieli taktykę przeciwników.   

– Sztandar tradycji! Tradycji sztandar!...

– Pieśń! Legenda! Symbol! Tylko to nas obroni!...

Na naszej barykadzie nagle zrobiło się bardzo gorączkowo. Jedni przez drugich wykrzykiwali swoje pomysły i w ten sposób powstał ogólny chaos. Prawdziwe prawicowe roz-dwojenie, roz-trojenie, czyli właściwie roz-strojenie. Nad całym tym wrzeniem dominował jednak głos woła Józefa:

– Sens, kochane barany! To wszystko musi mieć jakiś sens!...

Nagle przed nasz szereg wyskoczył  młody i zwinny zwierzaczek, zapewne doktorant na naszym uniwersytecie. Wzniósł przednie łapki w górę i wrzasnął:

– Proszę konserwy!... Cisza!...

Ale nie zrobiło się cicho, bo wszyscy komentowali półgołych i roztańczonych liberałów. 

– Ciszej, wsteczni, ciszej!.... Chcę coś powiedzieć w imieniu myślących!... – wołał.

I rzeczywiście, po chwili wszyscy po konserwatywnej stronie placu uspokoili się.

– Chodzi o to... – krzyknął doktorant, a być może doktor mający otwarty już przewód habilitacyjny – ...chodzi o to, że my wcale nie jesteśmy śmieszni!... Przegrywamy, bo nie jesteśmy śmieszni ani weseli, ani na luzie, rozumiecie?... Kto to rozumie, łapka w górę!...

Kilka konserwatywnych kończyn podniosło się, owszem, ale w sumie niezbyt wiele. Wtedy na barykadę wysunął się Stary Baran, który uosabiał całą potęgę baraniego rodu. Był większy od innych, grubszy od innych i silniejszy od innych. Wydawało mi się, że miał też większe poważanie i zasługi od innych. 

– Młodzieńcze,  opanuj się! – krzyknął. – Doktorancie, przyszły habilitancie,  pomyślże, zreflektuj się, skubany!... Jak weseli mamy być,  niosąc przez historię arkę przymierza, kaganiec oświaty i księgi obyczajów przodków naszych?!... Jak szafarze tradycji  mogą być weseli?  Czyżeś się szaleju najadł?!... Czyżeś cydrem popił?!... Olej spożył?!... Czy ci ten olej jelita podłechtał?!... Czyżeś, panie kolego, pospolicie zgłupiał?!...   Wesołości i tradycji   połączyć się nie da, połączyć nie można i nie wypada. Kto jest wesoły, kolorowy, kto zwraca na siebie uwagę, kto myśli inaczej niż należy,  kto rozmawia z kim nie wolno, kto uśmiecha się w złą stronę, kto  niezależnie  patrzy, kto  szeroko widzi, kto mówi nie tak, jak trzeba – a nie jest tym jednym, jedynym stojącym na najwyższym cokole najwyższego pomnika, któremu wolno, któremu wypada, który ton dziejom nadaje, więc kto się wyłamuje ten... ten...  

I w tym momencie głos Starego Barana zalany został przez  dziesiątki okrzyków wydobywających się  z gardeł liberalnych golasów: 

– A-nar-chia!... A-nar-chia!... A-nar-chia!...

Na co natychmiast odpowiedzieli  odziani w swoje skóry konserwatyści:

– Wol-ność!... Wol-ność!...  Wol-ność w prawdzie!...

I nagle stała się dziwna rzecz, bo półgoli także zaczęli krzyczeć:

– Wolność!... Wolność!...

I przez chwilę obydwie strony krzyczały to samo słowo, ale żadna nie chciał ustąpić i oddać go przeciwnikowi. W jednej chwili wszystko umilkło. Konserwatyści zaczęli myśleć i postępowcy zaczęli myśleć. I jednym, i drugim coś się nie zgadzało. Lewicowa inteligencja i prawicowi intelektualiści myśleli w wielkim skupieniu. Czworonożna lewica i czworonożna prawica miała ten sam dylemat.

– Dlaczego wołacie: wolność? – zawołał Stary Baran.

– Bo walczymy z wami w imię wolności!  – odpowiedzieli mu liberałowie. 

– To my walczymy z wami w imię wolności! – odkrzyknęli  konserwatyści. 

– Poważnie?!...  –  zawołali liberałowie.   –  Bo nam też chodzi o wolność!...

– Poważnie?! –  zawołali konserwatyści.

Wszyscy podumali jeszcze trochę i zaczęli się  rozchodzić. I w ciągu kilku minut plac całkiem opustoszał. 

 

 

(…)

Zdarzyła się jednak historia, która była ważniejsza niż inne. W głównej roli wystąpiło w niej cielątko, które w tamtym czasie stało się najsławniejszą postacią w całej naszej zagrodzie i o które  wybuchła prawie totalna wojna. 

A było tak.

Lekcje rozpoczęły się z lekkim opóźnieniem. Wół Józef wbiegł na pustą katedrę z nowym skórzanym neseserem, wyjął swoje  pióro w złotej skuwce i dopiero wtedy zauważył, że wokół walało się pełno  siana i słomy. Nic nie powiedział, ale trochę go to zdenerwowało i wprowadziło w bojowy nastrój. 

– Słuchajcie, szanowni zebrani –  zaczął. –  Dzisiaj pomówimy o kształtowaniu waszych charakterów. To znaczy o potencjalnej lepszości każdego z was. 

W tym momencie dało się słyszeć, jak kilka osób cichutko ziewnęło, ale wół Józef nie zareagował.

– Nie jesteście lepsi od samych siebie, ale możecie być.  Bycie lepszym od samego siebie to etyczne zobowiązanie podmiotu, który poprzez  samodyscyplinę ma urzeczywistnić własny rozwój. Jak to zrobić? To proste. Musicie sami siebie strzyc, golić, myć,  zmywać brud z siebie, piach i wszelką nieczystość, musicie się ciąć, podcinać, układać, fryzować i modelować i dlatego, dlatego właśnie uznajemy geniusz grzywki. Kto ma grzywkę – ten tkwi w kulturze. Kto ma fryzurę – ten wzorem wszystkich. Kto ma pasemka, loki, fale, warkocze, wstążki, kokardy, dredy, kucyki i ułożone ogony – ten wyszedł ponad dziką naturę.  Trzeba więc strzyc, kochani, trzeba się strzyc ze wszystkiego co dzikie; czesać, myć, dbać o higienę, pachnieć trzeba i połyskiwać. Trzeba być eleganckim osłem, sympatycznym baranem, przystojnym bykiem i seksowną  kaczką. Uważasz, że nie jesteś piękny? Bądź przynajmniej podcięty! Uznajesz się za brzydulę? Bądź elegancka!... O ileż piękniejsza jest dumnie krocząca kura od dzikiej kuropatwy, o ileż!... Młodzieży, dlatego nie bój się fryzjera! Nie lękaj się cięcia! Ono cię podniesie, wywyższy, uszlachetni, wydoskonali! A twój kurzy, kaczy, ośli, cielęcy, krowi i świński duch  pokaże się, odczyta i rozpozna siebie –  w twoim wyglądzie!... 

– A ja nie chcę się czesać! –  zawołało nagle cielątko. –  Nie chcę!... 

Przez chwilę wół Józef zaniemówił. Wyglądało to tak, jakby nie rozumiał. 

– Czesać się nie chcę, kudłów chcę!... –  powtórzyło cielątko. –  Mam prawo do kudłów!...

Zapanowała wielka cisza. Wół Józef nic nie mówił,  jakby po szoku dochodził  do swojego normalnego rozumu.  

– Jak to możliwe, że ktoś nie chce być doskonały?... –  zawołał.

Ale cielątko  jakby wpadło  w trans, w  jakiś narkotyk buntu:

– Mam prawo do siebie!... Mam prawo do siebie!... Do gnidy mam prawo!... Do pluskwy!...

Wół Józef znów był w szoku.

– Jak to... Jak można robactwo, ohydztwo, szkaradę i plugastwo umiłować... Jak ukochać można gnidę? Jak możecie, kochani, upaść tak nisko, że z gnidami się równać chcecie? Jak  bratać  się z pluskwą  możecie!?... Azaliż braterstwo z gnidą to wartość?... Azaliż gnida to koleżanka?... Powierniczka sekretów?...

– Nie gnidę kocham, ale wolność!... Wolność swoją!... Moja ci ona, moja!... 

Dramatyczny głos cielątka podekscytował każdego, kto był w sali obecny i nagle sala podzieliła się na dwie równe, równiutkie połowy. I  z tej całościowej klasy wyłonili się  najaktywniejsi i ukazali jako liberałowie. 

– Tak, to małe ma rację!... –  zawołało kilku z nich. –  Ma prawo!... Dlaczego mamy równać wzwyż?...  Każdy ma prawo do kudłów,  do pluskwy, do  gnidy!... Niech żyją gnidy!...  

– Głupi!... –  zawołał baran Romek, który choć starszy, też chodził do  naszej szkoły. –  A głupi wy jak stare osły!...  

– Oszaleliśta!... –  zawołał inny baran.

– Zbaranieliśta!...

– Spleśnieliśta na umyśle!...

– Bić w nich, bić!... –  wyrwał piąty, ale zaraz został zastopowany szeptem  przez barana Romka:

–  Nie tera, nie tera,  półmózgu...

Ale już ogień został rzucony, już się między nami paliło.

– Ma prawo!... Ma prawo! –  wołali postępowcy... – Prawo do kudłów!... Prawo do  gnidy!... Nie musi jej mieć, nie musi kochać, ale ma prawo, ma!...

– Cisza, cisza!... –  skórkojady! –  ryczał  Bari. –  Nie wiecie, co mówicie!... Pchły wcale nie są dobre, wiem, bo mam trzy!... 

Ale postępowcy już krzyczeli chórem, już skandowali:

– Chwa-ła gni-dom!... 

– Cześć koł-tu-nom!...

– Po-rzuć szczot-ki!...

– Złam no-życz-ki!...

A w chwilę potem  wszyscy zwolennicy liberalnego wyglądu przeszli do wspólnego śpiewu: 

 

Kudły!... Kudły!... Liberalizm!...

Precz z fryzurą!... Śmierć fryzjerom!... 

Chwała dzikim bohaterom!...

Siala lala, siala lala, ram pam, pam... 

 

Wół Józef stał, przyglądając się bezradnie temu co się działo.

– Spokój, spokój!... –  zawołał po chwili. –  A czemu wy tacy dzicy, co? A czemu tacy zuchwali? Piękne   dusze baranie, kozie, kogucie, psie, krowie, czemu tak chcecie się uniżyć, hę? Czemu tak chcecie pobrudzić, hm? Czemu tak zdeptać, mm? Po co tacy  butni? Ciemni tacy, dzicy tacy,  chorzy tacy... Jacyś  tacy nietacy... Takie huncwoty, hulaj-mordy, wio-ciemniacy. Nie wstyd wam, nie żenada, a kiś, kiś, studenty! Kiś, kiś... Przecież nie po  to macie szanse rozwoju od natury, od Boga dane i potencjały doskonałości, aby kłaki trzymać na grzbiecie, kudły wielbić,  gnidy hodować i fryzjerów gonić!... Nie po to, czworonożni mężowie, nie po to długowłose panny, zarośnięte szlachetne suczki i powabne jałówki! Azaż nie lepiej dać się ogolić, opitolić, ogrzmocić fryzjerom i światu pięknym się  ukazać?...  Nie lepiej wewnętrzny rozwój własny uczynić,  przyciąć ćwoka od korzenia, zgnieść ofermę u zarodka, zdeptać w sobie  patałacha? Łeb mu ukręcić –  nie lepiej?...       

I znów piskliwy głosik cielątka przerwał  wołowi Józefowi. 

– A ja ofermą chcę! Mam prawo! Szkoły i kultury nie chcę – mam prawo!... Ćwokiem ja, ćwokiem chcę!...

Wół Józef znowu zabierał się do zrozumienia tego, co się stało, nie był to jego dzień, starał się i starał, a w tym czasie milczał, gdy nagle z tyłu wyskoczył kozioł Mac.

– Precz z kulturą! Precz z musztrą, śpiewamy!...

I sam zanucił piosenkę, którą chyba przed minutą ułożył, a z nim zaśpiewali wszyscy liberałowie: 

 

W brodę, w kudły wepnij  kwiaty,

zapal trawkę, będziesz moim bratem.

Umpa, umpa, bum, bum, bum... 

 

Profesor wół Józef już odzyskał rozum, nabrał powietrza w swe wielkie płuca i huknął fundamentalnie: 

–  Czy chcecie być nieukami? Czy chcecie być beznadziejne?...

–  Tak!... –  odkrzyknęła połowa grupy.

Tymczasem pojawił się Wielki Osioł we własnej osobie. On już widocznie wiedział, o co chodzi, ktoś po niego pobiegł, bo po przywitaniu się z profesorem wołem zwrócił się do nas: 

– Wszystko wiem, słyszałem, szanowni studenci, wszystko.  Wasz projekt jest  ciekawy i nowatorski, a kreatywność w nowoczesnej szkole liczy się najbardziej. No a poza tym poszerza obszar wolności. Obala niebezpieczne, konserwatywne mity, burzy społeczne  stereotypy, wprowadza nienormatywne  postacie wiedzy, a przecież o to nam wszystkim chodzi. Oczywiście, wszyscy macie  prawo do samorozwoju w stronę bycia beznadziejnym. Nasi uczeni dowiedli, że beznadziejność jest tylko jedną z form świadomości. A tych nie należy hierarchizować, bo   tak czyni  prawicowa reakcja, która do dziś nie wyszła jeszcze ze średniowiecza. Każda forma świadomości jest równa, równoprawna i równoważna, z wyjątkiem średniowiecznej, oczywiście.  Kto chce być ćwokiem albo ofermą, albo patałachem, ten może, tak, może być, ale  powinien dopełnić tylko formalności. Złożyć wymagane przepisami dokumenty i ze swoim opiekunem naukowym ułożyć stosowny program. Należy w nim zarysować  ramy ćwokizmu,  patałaszyzmu i to w czym się one  przejawią. Oczywiście na najlepszych czekają wysokie stypendia w ramach programu Zostań gwiazdą -  sięgnij gwiazd...   

I dwa dni później zwołano sesję naukową, na której zastanawiano się czy takie postawy jak zaprezentowało cielątko mogą być jednym z celów Unii na lata 2016 - 2020. A potem postarano się o granty, aby badać najnowsze trendy u młodzieży,  takie jak ofermizm, patałaszyzm i ćwokizm.   W szkole liberalnej,  dzięki inspiracji cielątka,  powołano nawet: Katedrę badań nad ofermizmem,  którą zarządzała profesor Ględa, a druga jednostka  szybko przekształciła się w samodzielny:  Zakład badań nad patałachami i kulturową genezą patałaszyzmu. W jej ramach rozważano, czy patałaszyzm ma płeć, czy jest zjawiskiem kulturowym i czy w naszej stodole w stosunku do patałachów występują zjawiska wykluczenia i przemocy symbolicznej. Szybko stwierdzono, że owszem,  w  naszej, konserwatywnej stodole występują, bo  panuje tu jeszcze średniowiecze. Uznano jednak, że należy ułożyć program ochrony ćwoków i  patałachów, aby mogli oni realizować siebie w sposób wolny, występować jako podmioty prawne i aby ich swobodny wybór uzyskał dofinansowanie, pełną aprobatę społeczną i miejsce w mediach. To ostatnie nawet nie było  konieczne, bo do przeprowadzenia wywiadów  z największymi patałachami i ćwokami największe stacje telewizyjne zgłosiły się natychmiast  już na drugi dzień. 

Nowe tendencje, które szybko rozprzestrzeniały się w naszej zagrodzie dzięki niezwykłemu sprzeciwowi cielątka, spowodowały również ożywienie w  szkole po drugiej stronie śliwy. Odbyła się tam dyskusja panelowa z udziałem najwybitniejszych filozofów, filozofek, kulturoznawców i kulturoznawczyń na  temat: jak można by implementować ćwokizm i patałaszyzm  do rzeczywistości społecznej. Całość zagaiła profesorka Ględa, która w pierwszym zdaniu stwierdziła, że każdy ma prawo do takiego życia jakie sobie wybierze, a współczesna szkoła liberalna powinna zmienić hasło: z tworzymy dzieci wykształcone na: tworzymy dzieci wolne.  Mój przyjaciel Igor był na tym spotkaniu. Podobno na przerwie wszystkie zwierzątka wybiegły na plac z wielkim okrzykiem: Hurra!... I dyskusja przeniosła się z pomieszczeń szkoły na plac.

Liberalne dzieci, to znaczy wołki, koziołki, baranki, osiołki, młode kury i w ogóle  lewicujący drób kaczy, gęsi i indyczy wołał podobno w zachwycie:

– Będziemy wolne!... Będziemy beznadziejne!...  Jeszcze nie jesteśmy beznadziejne, dopiero się wdrażamy, ale jak już osiągniemy beznadziejność, to dopiero będzie!... 

I zaczęły się  przechwałki:

– A ja zrobię doktorat z bycia beznadziejnym!

– A ja będę beznadziejnym celebrytą!

– A ja dyrektorem!

– A ja zostanę pilotem i  samolotami  będę latał beznadziejnie! Zwłaszcza lądował będę beznadziejnie!... 

– A ja zostanę chirurgiem i będę   operował z pełną wolnością!...

W tym momencie  podniósł się głos woła Józefa, który uczestniczył w sesji i wyszedł na zewnątrz przewietrzyć się w czasie przerwy: 

–  Nie możesz operować w ten sposób, bo wtedy kogoś skrzywdzisz! Musisz uznać prawa natury i prawo naturalne!... 

Na to  natychmiast zainterweniowała  profesor Ględa:

– Niech się profesor wół hamuje!... Unia zabrania mówienie o prawie naturalnym!... Nie wolno!... Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek! Mamy  wolność!... Nie istnieje prawo naturalne, które czegoś  wymaga, jest tylko prawo natury i prawo stanowione!... Drogie dzieci – zwróciła się do całego grona, które otaczało ją i woła Józefa – drogie dzieci, musicie wiedzieć, że w dziedzinie filozofii prawa konserwa tkwi jeszcze w średniowieczu. W średniowieczu można było mówić, że coś trzeba, że istnieje jakaś etyczna powinność a zwłaszcza powinność wobec samego siebie... Ale dziś? Dziś zwierzątka są  wolne i wy jesteście wolne, kochane dzieci... Nikt nie może wam narzucać jakichś poglądów. Macie prawo głosu o sobie, kochane dzieci, możecie być ćwokami i patałachami, kochane dzieci, trzeba tylko złożyć odpowiednie formularze, najmilsi. Unia wam w tym pomoże, zresztą  już chyba to mówiłam, prawda?... 

– Tak!...

Wszystkie były rozradowane i szczęśliwe. Podobno w następnych  dniach wpłynęło do urzędów Unii bardzo wiele podań. Z pewnej klasy połowa uczniów zdecydowała nawet, że chce być patałachami, a druga, że ćwokami. Jednak Unia szybko zauważyła problem i zarządziła, że wnioski muszą być podpisane przez rodziców. W ten sposób patałaszyzm i ćwokizm, dwa współczesne prądy szkolne, młodzieżowe i kulturowe, które zrodziły się z buntu naszego cielątka, zostały ograniczone. 

Po pewnym czasie z naszej szkoły zniknęły prawie zupełnie – dzięki rodzicom.

 

 

 

 

            Wiele jest wsi na świecie, wiele jest różnych zagród, ale żadna z nich nie jest tak nietypowa jak nasza. Ja, Miron Kopytko, osiołek od urodzenia, jestem jednym z jej mieszkańców, a  co chcę opowiedzieć, to zdarzenia, które zdumiały wszystkich naszych obywateli i pokazały, że najdziwniejsi są ci, którzy uważają, że są całkiem normalni. Wypadki, które się u nas wydarzyły, koniecznie powinny być  opowiadane i powtarzane wszystkim dookoła, bo one  uczą. A czego one uczą? Czegoś uczą, ale  mnie nie pytajcie, zapytajcie tych, którzy się już nauczyli.  Każdy z nas ma jednak swoje zdanie na ten temat, więc posłuchajcie, posłuchajcie mojej prawdy,  uwierzcie  Mironowi Kopytko, uwierzcie osłowi od urodzenia. 

 

Najpierw  naszkicuję  plan zagrody. Słyszałem, że na coś takiego mówi się plan sytuacyjny, ale osobiście nie przejmuję się tym.  

 

Więc mieszkaliśmy w wielkiej stodole, która miała  starą, rzeźbioną bramę i dlatego wszyscy nazywali ją starą stodołą. Naprzeciwko nas,  drugą  stronę placu zajmowali oni, ich brama była już nowa, elektrycznie otwierana, z kamerą i na pilota. Gospodarz przychodził, naciskał i samo szło. Mając taką bramę, oni czuli się lepsi, po cichu nazywali nas  ciemniakami i uważali, że tylko dzięki takim jak oni, nowoczesnym i postępowym,  świat porusza się   do przodu. My jednak uważaliśmy, że wszystko, co starsze jest lepsze i dlatego pielęgnowaliśmy wszelkie tradycje. Wiedzieliśmy, że nowe to czasem podejrzana historia, więc mieliśmy u siebie stary dach, stare ściany, stare sprzęty, furmanki, drabiny, grabie, beczki, nawet stare problemy –  i wszystko było dobre. Uznawaliśmy  to za bliskie,   znane, bezpieczne i  nasze, a  co należało do nich, już z góry mieliśmy za  niepewne. W ten sposób nie żyliśmy w zgodzie, bo oni byli liberalni, a my konserwatywni i właśnie od kiedy naprzeciwko nas pojawili się liberałowie, zaczęły się konflikty.   Nie mam nic przeciwko naszym sąsiadom, nie mam nic przeciw liberałom, ale prawda jest taka, że  mają oni tę  jedną wadę: pewnego dnia wymyślili postęp, rozwój i nowoczesność i od tego się zaczęło.  Mogli sobie żyć tak jak my, spokojnie, uczciwie, w kontakcie z przyrodą i tradycją,  ale nie, oni musieli zacząć z tym postępem. Wymyślili cywilizację, wybrali wolność, a potem jeszcze uparli się, aby nas tym wszystkim uszczęśliwić.  Wiadomo jednak nie od dziś, że do takich, którzy wolność kochają ponad wszystko, zlatują się problemy i rzeczywiście – pojawiły się one w wielkiej ilości. Mówiąc inaczej, problemy szły przez świat, a kiedy zobaczyły naszą zagrodę, przystanęły i powiedziały:  Hej, tutaj wyznają wiarę w postęp! Zostajemy!...  A warto  pamiętać, że każdy problem ma wiele rodzeństwa i bardzo dużą rodzinę, mówi się nawet, że na co dzień chodzą one  parami. Mogliśmy doświadczyć  tego na każdym kroku, ale o szczegółach opowiem za chwilę. Liberałowie dokuczali nam, jak mogli,  my z kolei dogryzaliśmy im. Ogólnie, mieliśmy o sobie złe zdanie i stale się o coś podejrzewaliśmy, a to była doskonała pożywka dla problemów.  Kiedy kogoś z nas ukąsił   bąk albo trzmiel, było wiadomo, że był liberałem, gdy znów pszczoła lub osa ugryzła liberała, oni twierdzili, że była to prawicowa  oszołomka.  Jeśli z ich strony szły mrówki, mówiliśmy: uwaga, nadchodzi mrowie lewaków. Jeśli  leciały na nich komary, oni znów mówili: o,  leci  chmara  radykałów. Zawsze tak było, że zanim pojawiły się wielkie problemy, zjawiały się małe oskarżenia, dlatego od pewnego czasu uważam, że wysuwanie oskarżeń to pierwszy sygnał  nadchodzących problemów. Jako osiołek nieważny i nierozumny być może chociaż w tym jednym jestem jednak  trochę rozumny.

 

Pośrodku placu rosła duża śliwa, która wszystkim nam dawała cień i pod którą często się zbieraliśmy, aby rozmawiać, co na  świecie słychać. Rozmowy często kończyły się kłótniami, bo oni sądzili, że jesteśmy ciemni a my, że oni są głupi.   Śliwa na jedną stronę placu zrzucała  śliwki postępowe, a na drugą  konserwatywne. Często próbowaliśmy jednych i drugich i kłóciliśmy się o to, które są słodsze. Jeśli chodzi o mnie, to nie widziałem różnicy, ale nie mówiłem o tym głośno, bo  w sprawach ważnych łatwo jest o pomyłkę, a poza tym mógłbym od jakiegoś byczka dostać rogiem albo kopytem. Takiemu,  któremu smakowały  śliwki postępowe, niektórzy nie  wybaczali – w tych sprawach naprawdę trzeba było uważać. Nie było  niczym złym pogrymasić na własne, mówić że są niedojrzałe albo kwaśne, ale powiedzieć, że  śliwka postępowa jest jak miód – to już było ryzyko.    Podobno z tych swoich  śliwek liberałowie robili  kompoty, ale nie było to pewne. W każdym razie coś jednak zażywali, bo czasem chodzili po skosie i jedli różne trawki. Liberałowie w ogóle nie lubili chodzić prosto. Nawet kiedy droga biegła prosto, oni wybierali  wolność i czasem lądowali w pokrzywach. Kiedy wymyślali  tytuły, to zazwyczaj dziwne i przewrotne, na przykład: czarne czyli białe,  owca, czyli wilk, pies czyli kot i tym podobne.  Często zastanawiałem się, dlaczego liberał nie lubi mówić tak jak jest, ale widzi wszystko na opak. Nigdy jednak  nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Chyba chodzi o tę  wolność, która jest podobno bardziej atrakcyjna  niż wszystko inne.

 

 

 

 

 

 

 

Tamten dzień był, taki jak poprzednie. Rano  po różnych przepychankach dopchałem się do żłoba, zjadłem coś, nawet nie pamiętam co, ale na pewno to samo co wcześniej,  popiłem wodą i  odszedłem zadowolony.  Na placu było już sporo zwierząt, kilku osobom powiedziałem: cześć, ale usłyszałem tylko raz, jak ktoś mi odpowiedział: cześć. Pomyślałem wtedy, że z kulturą osobistą w stodole nie jest najlepiej, ale wtedy właśnie niechcący nadepnąłem  pewnemu baranowi na nogę. Co się pchasz, smarkaczu  – usłyszałem. I wtedy dotarło do mnie, że jest dobrze, bo przecież  taki baran mógł mnie bodnąć w serce, mógł  rozpruć brzuch, albo kopnąć w zadek, więc  stwierdziłem, że mimo wszystko dobrze  zaczął się mój dzień. Żyję, oddycham, ktoś nawet mnie  dostrzegł, ktoś pozdrowił, ktoś inny obraził... W sumie całkiem nieźle. Bywało przecież o wiele gorzej.    

 

Po placu chodziły barany, owieczki, osiołki, gdzieniegdzie krowa lub byk, wszystko szło normalnie, aż tu nagle zadzwonił dzwonek. Okazało się, że trzeba już iść do szkoły, bo nadeszła ósma. 

 

Nie wiem, jak jest tam, po drugiej stronie śliwy, ale u nas przed wejściem do stodoły każdy pcha się, jak umie. Wchodziliśmy do stodoły, już spóźnieni, dlatego nie było takiego tłoku, jak zwykle. Dla mnie nie stanowiło to różnicy, bo  i tak wchodziłem w towarzystwie moich przyjaciół: Janka-baranka i osiołka Igora. Z nas trzech Janek-baranek był   najmądrzejszy i  wszedł pierwszy, Igor był najsilniejszy i wszedł jako drugi, ja wśród nich byłem najmłodszy, dlatego wszedłem jako trzeci.  Tego dnia,  jak zwykle, znów byłem  na końcu, ale żyłem i to było pocieszające.

 

Na drugiej lekcji  pojawił się u nas  Wielki Osioł wraz z Okularnicą, która zawsze  miała dużo do powiedzenia. Ważniejszą rolę grał  jednak Wielki Osioł.  Był to komisarz oddelegowany jakiś czas temu do naszej stodoły, który przekazywał nam rozkazy Unii. Nie nazywał się on Wielki Osioł, tylko my go tak nazwaliśmy, bo istotnie, osioł to był wielki: miał nienaturalnie długie nogi, duże uszy, wielkie i szerokie zęby oraz   ogromny łeb, w którym na pewno mieściło się sto tysięcy unijnych rozkazów. Naprawdę nazywał się Albert Kromka, ale wszyscy mówili na niego Wielki Osioł i on też tak o sobie mówił. Widać było, że lubił władzę, stanowiska, zaszczyty, chciał być wielki i bardzo podobał mu się tytuł Wielkiego Osła. Każdy chciałby być w czymś wielki i on był. 

 

Tego dnia przyszedł jak zwykle z wielką teczką pod pachą, ale od razu uroczyście stwierdził, że Unia Zwierząt Wolnych i Równych zarządziła nadejście nowych czasów.  Mówił coś jeszcze, ale my, to znaczy ja z chłopakami, zaczęliśmy się zastanawiać, co to są te nowe czasy. Bo niby to już kiedyś słyszeliśmy,  o tym już jakby się mówiło, one jakoby już nadchodziły, ale dopiero, kiedy osioł powie coś takiego na głos, wiadomo, że to prawda.  Szeptaliśmy więc między sobą i  zastanawialiśmy się (może po raz dziesiąty), czym mogą być nowe czasy i w ogóle czym jest ta Unia.  Unia Zwierzątek Równych i Wolnych, Unia zjednoczonych czworonogów, Unia łbów otwartych i zakutych –  ale nic nam na myśl  nie przychodziło. Nie wiedzieliśmy kto, kiedy, komu,  w czym i którędy, a najważniejsze  – nie wiedzieliśmy po co. Po co ktoś ją kiedyś założył. Po co do nas przychodzi. I po co ta Unia gada teraz tak groźnie w osobie  Wielkiego Osła. Słuchając jednak jego słów,  zrozumiałem, że  powoli, powoli, ale wszystko będzie inaczej.  Wielki Osioł stwierdził bowiem, że w swej tajemniczej, skórzanej  teczce ma wszystkie dyrektywy Unii i  taki będzie porządek w naszej szkole, jaki te  dyrektywy określą. Za pomocą odpowiednich  kampanii, projektów i szkoleń on, Wielki Osioł,  przedstawiciel  Unii Zwierząt Wolnych i Równych,  nauczy nas nowej kultury, wychowa nas ku przyszłości i wdroży w ten nowy, postępowy czas.

 

 

 

 OSIOŁEK (inne fragmenty)

 

 (…)

Z postępowej obory, stojącej nieco  dalej,  wyszła grupka kilku postępowych zwierzątek i zaczęła machać jakimiś transparentami. Domyślałem się, że są to hasła postępowe i że wszyscy będą teraz postępowali w naszą stronę. Byłem ciekawy, czy są to hasła ogólne, czy może  mówią one coś o nas, konserwatystach.  Do zebranych dołączali kolejni, w ten sposób powstał mały pochód. Wyglądało na to, że akcja nie miała związku z witaminami Igora i że  jego śliwki nie  wywołały wojny. O coś innego tu chodziło. O coś ważniejszego niż śliwki i witaminy. 

Dokładnie oglądnąłem sobie pochód i stwierdziłem, że każdy osioł, baran, wół czy indyk miał na sobie jakiś barwny element. Wstążkę, perukę,  pióropusz lub ponczo; pewna świnka włożyła różowe legginsy, a  biegnące z tyłu prosiaczki miały ma ogonkach kolorowe wstążeczki. Widać było, że są bojowo nastawione, bo prosiaczki wydłużyły ryjki i nachmurzyły swoje świńskie czoła.

–  Przegrupowują się – rzekł zaniepokojony   Igor, który przestał już   strzelać w   ich stronę.

Dołączył do nas Janek-baranek i we trójkę komentowaliśmy to, co się działo.

– Formują grupę szturmową.

– Zwyczajnie pójdą  do ataku...

– Już otaczają...

– Zadepczą nas!...  –  trwożliwie zawołał Janek.

– Może tylko rozgniotą?... – szepnąłem z nadzieją.

Ta nadzieja wzięła się stąd, że wszystkie postępowe zwierzątka formujące pochód jakby się zawahały. Nagle przystanęły i  dany znak wszystkie  wyciągnęły  lizaki i z rozkoszą  zaczęły je lizać. Mniam, mniam, chrum, chrum, mlask, mlask... Patrzyliśmy na to jak na teatr, bo u nas nikt nie zachowywał się w ten sposób. 

– Liżą! –  zawołał Igor.

– Liżą, liżą!... 

– Stuprocentowo liżą!... –  wykrzykiwaliśmy z podziwem.

– Liżą lizaki!...

– I mlaskają!... –  zauważyłem.

– Siorbią i cmokają!... –  dodał Janek-baranek. 

– Cmokają, a ja jeszcze słyszę: cium-cium!  Ciumkają!... – starałem się być precyzyjny.  –  Słyszycie?...   Brzmi nawet ładnie...

Kiedy już wszyscy mieli kolorowe języki, nagle wyciągnęli je w naszą stronę i do tego wybałuszyli oczy. Widocznie nam, przedstawicielom tradycji, chcieli coś pokazać. Istotnie, dopiero teraz zauważyłem, że wszystkie zwierzątka są prawie gołe, a grube pośladki prosiaczków świeciły się w słońcu na  różowo. Zrobił się niebywały skandal. Postępowe zwierzątka celowo zaświeciły w nas golizną i w ten sposób oszołomiły. Oszołomiły, aby przejąć nasze pozycje i wepchnąć nas w jeszcze większą konserwę. 

– Nie cofać się! Nie cofać! –   krzyknął Reks.

– Duma! Duma na czoło!...

– Nagość zwalcz –   honorem!... Szczegóły golizny –  ignoruj!...   

– Sława to żart!... Goły tyłek to żart!... –   krzyczeli nasi.

Jednak po ich tonie poznałem, że sytuacja jest poważna. Wobec świńskiej nagości nikt nie potrafił zachować spokoju.  Zaatakowali nas od skóry, od ciała, od wstydu. Nas, czyli  zwierzątka, które szanują porządek, tradycję i jednak chodzą ubrane normalnie. Mimowolnie patrzyliśmy na  gołe liberalne uda, postępowe piersi, lewicowe brzuchy, a prosiaczki wypięły się jeszcze, demonstrując swoje wielkie słońcem oświecone  pośladki.  Pomyślałem, że może istotnie, postęp przychodzi przez goliznę i każdy ubrany powinien się wstydzić,  ale szybko przestałem myśleć. W tym momencie wszystkie  demonstrujące zwierzątka zerwały się, zaczęły biec pod śliwę, tam przystanęły i  na dany znak wzniosły do góry trzymane transparenty.  Wszystkie były skierowane w naszą stronę.

 

 

Świat ponury, bez natury,

niech się schowa w bure mury.

 

 –  przeczytałem na pierwszym. Nie tylko ja czytałem. Wszyscy obecni na placu konserwatyści intensywnie zaczęli studiować treść wzniesionych haseł. Były one  napisane  czerwoną farbą na różowym tle, co znaczyło, że te kolory wiele dla liberałów znaczą.  Odtąd zrozumiałem, że różowe majtki, które  mama zakładała mi w dzieciństwie, a których tak nie znosiłem,  były majtkami postępowymi. Bo róż to właśnie kolor postępu.  

 

Kicz   powagi, ponurości 

–  nie pokona w nas  radości! 

 

– głosiło następne hasło. Poczuliśmy się obrażeni, bo żaden z nas nie czuł się kimś takim jak kicz powagi. Ta   demonstracja prowokowała nas do odpowiedzi i to chyba chciał nam uprzytomnić Janek-baranek, który od razu zwołał nas pod stodołę. Zebraliśmy się w małym kółku,  ale Igor już nie wytrzymał. Odbiegł w stronę tamtych i zawołał: 

– Nie masz  mózgu ani grama. Patrz jak płacze twoja mama!...  

Zwierzątka  nie zareagowały na okrzyk, ale kiedy kolejna  śliwka rzucona przez Igora uderzyła kogoś po tamtej stronie, postępowi się wściekli. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Nagle wszyscy liberałowie sformowali pochód szturmowy i skierowali się naszą stronę, jakby szli do ataku. W tym samym momencie poczułem, jak miękka liberalna śliwka rozbija mi się koło ucha.   Igor od razu został trafiony dwiema, a Janek-baranek dostał prosto w oko. Dwa psy, Czaruś i Pimpek,  podbiegły nam na pomoc i zwoływały resztę. Ze stodoły wybiegł   Stary Baran. Widząc, co się święci, stanął na czele naszej grupy i  zawołał:

– Na  barykadę!... 

W ten sposób wszyscy poczuli się wezwani. Najpierw zameldowali się Reks z Barim, do nich dołączyło kilka osłów, ze stodoły w podskokach przybiegli Rafałek i Romek,  a z pola na czele  kilkunastu byków i  krów  gnała z odsieczą krowa Wandzia. Nadzieja wstąpiła w nasze serca. Czaruś uniósł przednią łapę i zaintonował słynną  powstańczą pieśń:

 

Nigdy z postępem nie będziem w aliansach,

choć ząb   moderny  sięga nam do  szyi.

Kto z świętą wiarą  rusza po  zwycięstwo 

–  łeb utnie żmii!... 

 

Wszyscy rzuciliśmy się do pracy. Pimpek z kolegami przywlekli drewniany wóz, Igor z jakimś baranem taszczył już stare drzwi od kurnika, Janek-baranek niósł snopki, Wandzia dyszel na rogach, baran Grubas żelazny łańcuch, cielątko  przywlokło skądś puste puszki po konserwach i układało z nich zasieki przeciwczołgowe.

–  Tu akurat nie ma mamy i taty –  pokazywało wszystkim otwarte puszki. – Więc można.

Na Starego Barana leciały postępowe śliwki, ale ten  złapał za flagę i umieścił  ją na szczycie barykady.  

–  Pieśń! –  zabeczał. –  Pieśń potrzebna!...

Czaruś znowu uniósł łapę i wszyscy zaintonowali:

 

Nie wiesz gdzie padli   ojciec twój i   matka,   

czy-li  i  ciebie śmierć dziś nie pokona,                  

lecz wrogom nie daj, w świętej krwawiąc walce,        

nawet ogona!...

 

Nagle postępowi zerwali się do ataku i całą armią byków, baranów i osłów  zaszarżowali na  barykadę. W naszą stronę poleciał grad kukurydzy i zasypała nas masa śliwek.  Dostawaliśmy śliwkami, ale i im robiliśmy śliwki, bo my też rzucaliśmy w nich czym się dało: burakami, brukwią, fasolką, grochem i kapustą. Ale efekt był niewielki.  Oni nie cofali się, ale  wciąż ponawiali ataki.  Krowa Wandzia pierwsza zrozumiała, że właśnie dzieje się historia. Złapała za jakąś pustą księgę, przysiadła za rogiem stodoły i  zapisywała strona po stronie.

– Wy tam, kurna, walczcie, a ja pisać bede!  – zaryczała tak, żeby było ją słychać.  – Pisać historie bede! Raportować mi i nie zmyślać, nie cyganić!... 

Jej apel bardzo szybko zyskał uznanie. Kolejni uczestnicy podbiegali, salutowali i składali meldunki.  Wandzia pisała, a wół Józef, który szybko do niej dołączył,   zebrał młodzież, ustawił w kilka grup i  głośno  odczytywał  relacje Wandzi-dziejopisarki. Po prostu na świeżo, na żywo, już –  przekazywał toczące się dzieje następnym pokoleniom. Słuchały go małe byczki, jałówki, osiołki, jagnięta,  kurczaki i króliki  i na bieżąco konfrontowały tekst  z historią. Wszyscy sprawdzali, czy gdzieś nie ma cygaństwa w dziejach i czy  toczą się według tego, jak mówiły raporty. 

Nagle wół Józef dał znak i wzniósł łeb w górę. Wszystkie małe byczki, jałówki, osiołki, jagnięta,  kurczaki i króliki wstały na baczność i wyrecytowały jednym tchem:

O, jakichże  przodków mamy, o.

Spiżowe ich imiona, o.

Czas ich  nie pokona, o.

W rzekę się przelała, o.

Krew czerwona święta, o.

Z żył ich wyciągnięta, o.

 

Młodzież usiadła. Wół pokiwał głową, zaakceptował występ i dalej na żywo relacjonował dzieje. Po chwili wziął wskaźnik i pokazywał na barykadę jak na mapę. 

– Tu są obrońcy – mówił. – Tu postępowcy. Pamiętajcie, to nie my, to oni.  Atakują frontalnie.  Widzicie? Wypuszczają prawe skrzydło.  Okrążają nas.  O, jakaś samotna szarża. Nasz bohater. Jeszcze jedno święte imię, które musicie znać. Musicie znać i już. Musicie...  O, nasi przygotowują kontratak. O, idą,  o...

Wół Józef przerwał. Rzeczywiście, nasze wojsko szturmowało teraz barykadę, którą zdążyli wznieść liberałowie. Byłem zachwycony odwagą naszych.  Wołki, krowy, jałówki, osły, barany, owieczki, kozy i kozły, cały nasz drób, tak liczny i krzykliwy, atakował frontalnie,  ofiarnie, heroicznie, szaleńczo. Było to natarcie z zaskoczenia, szło przeciw wszelkim przewidywaniom przeciwników i w ogóle pod prąd historii. Teoretycznie nie mieliśmy szans, oni byli w przewadze. Nauczyłem się już, że liberalni są w sojuszu z przyszłością, z jutrem, dlatego oni zawsze będą w przewadze, a my będziemy jak straceńcy. I rzeczywiście – szturmowaliśmy jak straceńcy. Na ślepo, na gwałt, na zabój, na chama. Niewiele z tego wychodziło, bo przyszłość była po ich stronie, ale  nagle na czoło wysforował się  jakiś stary byk, który zawołał:

– Hej, kochani sojusznicy tradycji, szlachetnie urodzeni, lepsi z krwi i z metryki, oświeceni i wyniośli. Eminencje, ekscelencje, magnificencje, arystokraci życia i ducha, ale także wy, zaściankowi ciemniacy i  prości głupole, wszyscy wy  bracia kochani!... Przecie barykady liberałów, tych heretyków, schizmatyków, wszeteczników, rozpustników, sybarytów, tych przeciwników wiary, a wyznawców konopi, smakoszy marychy, grzybków i kompotów frontalnym atakiem nie zdobędziemy!  Nie  frontalnym  atakiem, mówię, tylko konceptem, inteligencją, manewrem, fortelem jakowymś, tak samo jak  nasi przodkowie barykady swych, dawnych a minionych wrogów, zdobywali!... Więc nie jak dzicy lećcie, wy szlachetne eminencje, ekscelencje i magnificencje, nie jak dzicy bezrozumni arystokraci, ale jako przebiegli i roztropni wojacy!...  

I posłuchali go. Konserwatywne mózgi ruszyły, zaczęły działać. Tyrt-tyrt-tyrt, bum-bum-bum, szu-szu-szu. A potem przeszły na taki poziom rozruchu, że zaczęły  huczeć, dudnić i walić, aż ten wielki intelektualny namysł  osłów-filozofów, baranów-publicystów, indyków-artystów przerodził się w czyn.   

I tak liberalna barykada wzniesiona ze słomy, wozów i desek, została  prawie zdobyta. Genialny manewr oskrzydlający, który wykonywano na naszych oczach,  był prawdziwym cudem. Dział się cud  nad liberalną barykadą.  Liberałowie drwili z cudów, ale teraz przez cud zostali pokonani.

Zrozumiałem, że w walce bierze udział najbardziej uzdolniona, najbardziej patriotyczna część młodzieży, kwiat zagrodowej młodzieży, po prostu najlepsi z chlewa i stodoły, nasi prawicowi prymusi historii, a wół Józef i krowa Wandzia, którzy z takim zaangażowaniem opowiadają dzieje,  realizują jakiś projekt. Być może  jest to projekt unijny. Widocznie  wół Józef razem z krową Wandzią  wypełnili wnioski  o  dofinansowanie w ramach funduszu międzypokoleniowej spójności (tak to się chyba nazywa), a  ich projekt został przyjęty i od Unii dostali  granta.   

Ale nagle obok nich pojawił się  baran Grubas. Znałem barana Grubasa. Był to jeden z najbardziej grubych baranów, a do tego jeden z najbardziej konserwatywnych baranów. Żadna wielka sprawa, którą żył barani ród, nie mogła ominąć barana Grubasa. Baran Grubas podszedł do krowy Wandzi i bez żadnego przywitania, machnął jej przed nosem swoim baranim kopytem.

– Nie możecie pokazywać historii na bieżąco  – stwierdził krótko.  – Nie możecie!...

– A niby to czemu, kto nam zakaże, no kto?!...  Kto?...

Krowa Wandzia zamierzyła się rogiem i niewiele już brakowało do wybuchu bijatyki wewnątrz naszego obozu. Baran Grubas  wcale się jednak nie przestraszył. Przeciwnie, stał się nerwowy  jeszcze bardziej.

– Nie możecie! Nie wolno i już!... 

Idź, zarazo, bo jak cię kopytem albo rogiem machnę!...

Baran odskoczył na moment, ale wymierzył w Wandzię takie spojrzenie, że ją całkiem zatkało.

– Kto pisze historię bez komentarza, ten pisze historię bez zrozumienia!  –  zawołał, stojąc w bezpiecznej odległości.  –  Ten pisze nieprawdziwą historię! Historia musi mieć rozumienie! Musi, musi, musi!...

Baran rozkręcał się i  krowie Wandzi  nie dawał  dojść do głosu. 

– Dzieje bez logiki są zakazane i to w każdej postaci, rozumie krowa?... Logika nadaje im sens i wskazuje na Opatrzność w dziejach!... Opatrzność kieruje dziejami i prowadzi je w stronę Dobra i to właśnie odsłonić ma komentarz!... Nie ma dziejów biegnących bez kierunku, krowo Wando!... Nie ma!... Trzeba zrozumieć historię, aby wznieść się ponad czas i  aby unicestwić bezsens dziejów!... Unicestwić bezsens dziejów i w ogóle czas –  czy to jest jasne?...

Krowa Wandzia włożyła długopis między zęby i zaczęła nerwowo go gryźć.

– Ja by tam chciała unicestwić, czemu nie?... Ale ja ta sie tam na unicestwianiu nie znam, ja tylko tu tak pisze... Ja tam nie chcę zadzierać z czasem, psia mać... 

Wół Józef patrzył na tę scenkę, ale robił swoje. Jego osoby Stary Baran nie krytykował, może dlatego, że Wandzia była bliżej, a może dlatego, że wół Józef nie miał  wielu krytyków.

Bitwa toczyła się jednak ciągle, dzieje działy się na bieżąco już bez komentarza, wtem  ktoś podbiegł i zawołał barana Grubasa na barykadę. Kiedy ten odszedł, wół Józef pokazał na niego i rzekł do młodego pokolenia:

– Tak to jest, młodzi... Uczcie się życia... W naszym obozie panuje wolność, bo konserwatyści to stworzenia żyjące dla wolności, ale konserwatyści żyją także dla  wspólnoty, więc kiedy jesteś konserwatywnym indywidualistą, zostajesz aresztowany właśnie w imię wspólnoty... 

Ale cud nad barykadą to nie był koniec historii. Lewica wysłała swoje ostatnie oddziały koni, osłów i starych baranów, a wtedy walka nagle się  wzmogła. Teraz już nie tylko śliwki i kukurydza latały w powietrzu, także marchewka,  kalafiory i groch z kapustą, w powietrzu latało liberalne nie wiadomo co, jakiś lewicowy miszmasz pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Ziarno,  słoma, słowa, kartofle, okrzyki, patyki, całe i pokawałkowane idee, teksty przekleństw,  kawałki ironii,  dzieła pełne kpiny, fragmenty wzięte z kultury szyderstwa i drwiny, proste groźby i  jabłka,  buraki  i  zalewajka.  W powietrzu latały też kaczki, gęsi i dzikie osły, które nagle dostały skrzydeł i zmieniły się w pegazy.   Bitwa była tak gwałtowna, że oni otaczali nas, a my ich i już nie wiadomo było, gdzie są  oddziały liberalne, a gdzie konserwatywne. Zauważyłem zresztą, że część naszych zaczęła przychylać się ku postępowcom i atakować nas od środka. A wtedy... a wtedy do głosu doszły nasze słynne zdradzone indory.

– Gul gul gul gul!... – zagulgotał jeden z nich. 

– Gul gul gul gul!... – odpowiedział mu drugi.  

– Zdrada! – krzyknął kolejny.  

– Zdrada!...

– Zdrada!...

– Zdrada!...

Coraz mocniej wznoszony głos rozpalił je do czerwoności i szybko nad naszą barykadą uniósł się ten jeden olbrzymi  wrzask:

– Zdra-da!...

Postępowcy zyskiwali wyraźną przewagę. Zachodzili nas z lewej i prawej strony, a barykada, którą wybudowaliśmy, była już w połowie rozbita. Jeden z dużych plecionych koszy stoczył się z niej i wylądował pod moimi nogami. Szybko wziąłem go, aby przenieść na lewą stronę, gdzie zobaczyłem dużą wyrwę, gdy nagle zatrzymały mnie dwa młode, dobrze wyćwiczone byczki. 

– Mamy cię! – zawołali. – To ty  rozbijasz barykadę!... 

– Oszaleliście?!... Właśnie przenoszę ten kosz na lewo, bo tam jest wyrwa w obronie!...  Patrzcie!...

Pokazałem im, o co mi chodzi, ale one w ogóle mnie nie słuchały.

– Dywersant!... – zawołał jeden z nich. – Mamy dywersanta!...

Kiedy usłyszały to słynne zdradzone indory, błyskawicznie  przybiegły i dysząc ze zmęczenia, znalazły się tuż obok. 

– Od kiedy jesteś po ich stronie?!... Gadaj!...

– Nie jestem po ich stronie! Jest wyrwa w barykadzie, nie widzicie?!... – zawołałem. – Chciałem ją załatać tym koszem!... 

Dwa słynne zdradzone indory, które przybiegły pierwsze, patrzyły na mnie bardzo nieufnie. Zanim się odezwały, trzy śliwki upadły obok nas. Za chwilę, tuż przy nodze  jednego z indorów, znów rozległo się głośne pac,  pac, pac.  Ten odskoczył szybko, ale już dwie następne śliwki wylądowały  obok niego.

– Ot, liberalny pomiot...  –   syknął przestraszony i przesunął się jeszcze trochę w bok.

– Zasadniczo nie ma nic przeciwko niemu, może naprawdę chciał naprawić tę barykadę?... – jeden z byczków popatrzył na mnie trochę życzliwiej.

Widać było, że drugi też jakby mi odpuścił.

– Czy jesteście z jednej rodziny?... W jakiejś zmowie z nim?!... – zagulgotał  drugi z indorów. –  Liberalny tajniak chroni swojego TW!... No, tego się można było spodziewać: agentura na całej linii!...  – gulgotał cały się przy tym czerwieniąc.

Pierwszy szybko się dołączył. 

– Wszędzie tylko sługusi, agenci, kolaboranci,  defetyści, oportuniści, nihiliści, i kapitulanci!... Karierowicze, wazeliniarze, lizusy i  przychlasty!... W sumie zdrajcy, kurna zdrajcy!... O, jak ma przetrwać rzeczpospolita konserwatywna, skoro takie bezhołowie grasuje w  zagrodzie!... Czyż nie lepszego losu winna oczekiwać?... Czyż nie wykarmiła swych dzieci chlebem  porządku, mlekiem wartości, miodem wykształcenia, zupą etosu i  kartoflami  najświetniejszych wzorców?!... Kapustą słusznych przyzwyczajeń?!... Czy nikogo już nie stać na  prawdziwą, dozgonną, bohaterską i heroiczną wierność?!...  Nikogo, osły, nikogo?!...  Podczas gdy ona, rzeczpospolita konserwatywna, jest krajana, deptana, zdradzana, dźgana, opluwana, sprzedawana i wyszydzana w różnych gadzinowych publikatorach, a teraz atakowana przez... 

Nagle  został trafiony śliwką prosto w dziób i chyba połknął pestkę, bo oczy wyszły mu na wierzch i  zaczął się dławić. Drugi podbiegł do niego, pochylił się i pod ostrzałem ziaren kukurydzy, mocno uderzył go  w plecy. Tamten jakby podskoczył, gulnął dwa razy, po czym popatrzył na nas wzrokiem uratowanego.

– Żyję, choroba, żyję... 

Potem  wytrzeźwiał nieco i  zwrócił się w stronę  atakujących liberałów.

– Ale tej śliwki, to  wam, kurna, nie daruję... – wyszeptał.

Pomyślałem, że skoro mówił tak barwnie, to może i należy on do słynnych zdradzonych indorów, ale z duszy jest kimś innym. Bo owszem,   jest indykiem, ale też  świeżo upieczonym artystą, poetą, który stał się twórczy właśnie tu, na polu walki i  owszem, działa   jak  wkurzony żołnierz, ale mówi  pod natchnieniem poety.  

Byczki złapały mnie w pół i pod ostrzałem wycofaliśmy się nieco do tyłu, w pobliże psiej budy, która teraz stała pusta.

– Jeśli nie ma nic przeciwko niemu – wskazał na mnie pierwszy indor – to tym gorzej, bo to znaczy, że oni są doskonale  zakonspirowani...  Agentura w najlepszym wydaniu... Rozumiecie?!... – huknął i  oba byczki  i od razu stanęły  na baczność. – Aresztować go!... Rozkazał. 

Pierwszy byczek nie był jednak przekonany do tego, co usłyszał. Ale zanim zdołał się ruszyć,  znowu spadł na nas grad pocisków.  

– Uciekać!... – krzyknął jeden z indorów. – Znowu strzelają kukurydzą! Zaraz będą nas   tłuc kolbami!... 

Wszyscy rozpierzchliśmy się na różne strony, gdy nagle atak został wstrzymany. Przez chwilę trwała cisza, po czym stało się coś dziwnego. Walczący liberałowie wycofali się za śliwę, na swoje terytorium, a od ich strony zaczęła zbliżać się do nas  jakaś nieuzbrojona grupa. W pierwszej chwili pomyślałem, ze to posłańcy, którzy idą wynegocjować zawieszenie broni. Widocznie oni też doszli do wniosku, że walka nie ma sensu, kiedy na polach i we żłobie leży jeszcze tyle niezjedzonego ziarna, tyle brukwi, ziemniaków, marchwi, buraków i innych bezcennych surowców. Byłem przekonany, że liberalne wojsko chce ruszyć w pola. Bo po co walczyć,  kiedy można jeść? Jedzenie lepsze jest niż wojna. Po co  myśleć o ideach, kiedy można przytyć? U liberałów to typowe, że wielkie sprawy czekają w kolejce, najważniejszy jest owies w brzuchu.  Ale szybko się okazało, że to nie byli posłańcy, bo nie mieli flagi. Zbliżali się dużą grupą i szli jakoś tak dziwnie, poważnie, ponuro. W naszych konserwatywnych szeregach zapachniało niepewnością i grozą. Bo zdążyłem już poznać, że niepewność i groza to ulubione perfumy każdego konserwatysty.  

– Idą szalikowcy!... –  ktoś zawołał.

– Rapersi, rapersi  –  wołał inny.

– Skejtowcy, do cholery!...  –  wołał piąty.

– Nie, to dyskobije!...

– Skinheadzi!...

– Killersi!...

– Neofaszyści!... 

– Satanaiści!... 

– W każdym razie Antychrysty!...

Teorii było tyle, ilu  świadków.  Ale idący jakby ożyli. Zaczęli podrygiwać, podskakiwać,   hasać, kołysać się, machać nogami, łbami, ogonami, tak jakby było im lekko i wesoło. 

– Oni tańczą! –  krzyknął nagle ktoś z naszych szeregów. –  Patrzcie, kiwają się na boki!... 

– To hipisi!... –  zawołał inny.

– Hiphopowcy!...

– Hipsterzy!...

– Sprayowcy!...

– Klubowicze!...

Wszyscy byliśmy zdezorientowani. Nagle się wyjaśniło. Na podaną komendę, liberałowie ściągnęli odzież i zaczęli hasać prawie na golasa. Wkrótce stu gołych, baranów, osłów, byczków, cielaczków, sto krów, świń i nieopierzonych kur zaczęło biec w naszą stronę  z dzikim wrzaskiem oszalałych golasów.  Widać, był to ich celowy zabieg, bo nagle przystopowali, złapali się pod boki i bujając się już swobodnie  przed barykadą, wspólnie zaśpiewali: 

 

Hej goli, hej goli zjednoczmy się w piosence!

Niesiemy światu pokój –  mamy gołe   ręce.

Golizna uspokoi, rozgrzeszy  cię od razu  –

zakochaj się  w nagości  własnego  krajobrazu.

 

Potem rzeczywiście złapali się za ręce i szli w wesołych, swobodnych pląsach wprost na nas.

– Przerwać ogień! – zawołał Stary Baran, który nagle wyrósł na  jedynego dyktatora w naszym obozie.

Na jego komendę konserwatywne śliwki i ogórki przestały fruwać w powietrzu, a prawicowe  kartofle z powrotem włożone zostały do koszy. Nagle stało się jasne, że jesteśmy zupełnie  bezradni wobec tej fali wesołości, która nas nadchodziła. Wobec tańca, zabawy i golizny nasza konserwatywna zasadniczość znalazła się we wstydliwym zakłopotaniu. Po prostu staliśmy na barykadzie chroniącej prawicowe wartości i nie wiedzieliśmy, co robić.

– Zachodzą nas od strony kultury! – krzyknął ktoś z tyłu.  

– Natężyć powagę!...

– Nie rozluźniać się!...

– Zewrzeć szeregi!... 

– Huknąć pieśnią!...  

– Przywołać przodków!... 

– Religią w nich!... 

– Rytuałem!... 

– Tradycją, tylko tradycją!...

Pomysłów było tyle, ilu było walczących, ale zawołanie o kulturze miało wielu zwolenników. Przez szeregi konserwatywnych elit stacjonujących w naszym chlewiku i przy zagrodzie przeszedł pomruk akceptacji.  

– W kulturze, w kulturze rzecz! 

– Kontratakujmy kulturą!...  Kulturą i już!...

– Kulturą w nich!...

– Z kulturą – bij!...

Domyśliłem się, że to  nasi prawicowi filozofowie, intelektualiści i publicyści  odpowiedzieli na  sytuację. Zwołali się na sesji naukowej, uruchomili mózgi, wdrożyli odpowiednie myśli i w końcu  zrozumieli taktykę przeciwników.   

– Sztandar tradycji! Tradycji sztandar!...

– Pieśń! Legenda! Symbol! Tylko to nas obroni!...

Na naszej barykadzie nagle zrobiło się bardzo gorączkowo. Jedni przez drugich wykrzykiwali swoje pomysły i w ten sposób powstał ogólny chaos. Prawdziwe prawicowe roz-dwojenie, roz-trojenie, czyli właściwie roz-strojenie. Nad całym tym wrzeniem dominował jednak głos woła Józefa:

– Sens, kochane barany! To wszystko musi mieć jakiś sens!...

Nagle przed nasz szereg wyskoczył  młody i zwinny zwierzaczek, zapewne doktorant na naszym uniwersytecie. Wzniósł przednie łapki w górę i wrzasnął:

– Proszę konserwy!... Cisza!...

Ale nie zrobiło się cicho, bo wszyscy komentowali półgołych i roztańczonych liberałów. 

– Ciszej, wsteczni, ciszej!.... Chcę coś powiedzieć w imieniu myślących!... – wołał.

I rzeczywiście, po chwili wszyscy po konserwatywnej stronie placu uspokoili się.

– Chodzi o to... – krzyknął doktorant, a być może doktor mający otwarty już przewód habilitacyjny – ...chodzi o to, że my wcale nie jesteśmy śmieszni!... Przegrywamy, bo nie jesteśmy śmieszni ani weseli, ani na luzie, rozumiecie?... Kto to rozumie, łapka w górę!...

Kilka konserwatywnych kończyn podniosło się, owszem, ale w sumie niezbyt wiele. Wtedy na barykadę wysunął się Stary Baran, który uosabiał całą potęgę baraniego rodu. Był większy od innych, grubszy od innych i silniejszy od innych. Wydawało mi się, że miał też większe poważanie i zasługi od innych. 

– Młodzieńcze,  opanuj się! – krzyknął. – Doktorancie, przyszły habilitancie,  pomyślże, zreflektuj się, skubany!... Jak weseli mamy być,  niosąc przez historię arkę przymierza, kaganiec oświaty i księgi obyczajów przodków naszych?!... Jak szafarze tradycji  mogą być weseli?  Czyżeś się szaleju najadł?!... Czyżeś cydrem popił?!... Olej spożył?!... Czy ci ten olej jelita podłechtał?!... Czyżeś, panie kolego, pospolicie zgłupiał?!...   Wesołości i tradycji   połączyć się nie da, połączyć nie można i nie wypada. Kto jest wesoły, kolorowy, kto zwraca na siebie uwagę, kto myśli inaczej niż należy,  kto rozmawia z kim nie wolno, kto uśmiecha się w złą stronę, kto  niezależnie  patrzy, kto  szeroko widzi, kto mówi nie tak, jak trzeba – a nie jest tym jednym, jedynym stojącym na najwyższym cokole najwyższego pomnika, któremu wolno, któremu wypada, który ton dziejom nadaje, więc kto się wyłamuje ten... ten...  

I w tym momencie głos Starego Barana zalany został przez  dziesiątki okrzyków wydobywających się  z gardeł liberalnych golasów: 

– A-nar-chia!... A-nar-chia!... A-nar-chia!...

Na co natychmiast odpowiedzieli  odziani w swoje skóry konserwatyści:

– Wol-ność!... Wol-ność!...  Wol-ność w prawdzie!...

I nagle stała się dziwna rzecz, bo półgoli także zaczęli krzyczeć:

– Wolność!... Wolność!...

I przez chwilę obydwie strony krzyczały to samo słowo, ale żadna nie chciał ustąpić i oddać go przeciwnikowi. W jednej chwili wszystko umilkło. Konserwatyści zaczęli myśleć i postępowcy zaczęli myśleć. I jednym, i drugim coś się nie zgadzało. Lewicowa inteligencja i prawicowi intelektualiści myśleli w wielkim skupieniu. Czworonożna lewica i czworonożna prawica miała ten sam dylemat.

– Dlaczego wołacie: wolność? – zawołał Stary Baran.

– Bo walczymy z wami w imię wolności!  – odpowiedzieli mu liberałowie. 

– To my walczymy z wami w imię wolności! – odkrzyknęli  konserwatyści. 

– Poważnie?!...  –  zawołali liberałowie.   –  Bo nam też chodzi o wolność!...

– Poważnie?! –  zawołali konserwatyści.

Wszyscy podumali jeszcze trochę i zaczęli się  rozchodzić. I w ciągu kilku minut plac całkiem opustoszał. 

 

 

(…)

Zdarzyła się jednak historia, która była ważniejsza niż inne. W głównej roli wystąpiło w niej cielątko, które w tamtym czasie stało się najsławniejszą postacią w całej naszej zagrodzie i o które  wybuchła prawie totalna wojna. 

A było tak.

Lekcje rozpoczęły się z lekkim opóźnieniem. Wół Józef wbiegł na pustą katedrę z nowym skórzanym neseserem, wyjął swoje  pióro w złotej skuwce i dopiero wtedy zauważył, że wokół walało się pełno  siana i słomy. Nic nie powiedział, ale trochę go to zdenerwowało i wprowadziło w bojowy nastrój. 

– Słuchajcie, szanowni zebrani –  zaczął. –  Dzisiaj pomówimy o kształtowaniu waszych charakterów. To znaczy o potencjalnej lepszości każdego z was. 

W tym momencie dało się słyszeć, jak kilka osób cichutko ziewnęło, ale wół Józef nie zareagował.

– Nie jesteście lepsi od samych siebie, ale możecie być.  Bycie lepszym od samego siebie to etyczne zobowiązanie podmiotu, który poprzez  samodyscyplinę ma urzeczywistnić własny rozwój. Jak to zrobić? To proste. Musicie sami siebie strzyc, golić, myć,  zmywać brud z siebie, piach i wszelką nieczystość, musicie się ciąć, podcinać, układać, fryzować i modelować i dlatego, dlatego właśnie uznajemy geniusz grzywki. Kto ma grzywkę – ten tkwi w kulturze. Kto ma fryzurę – ten wzorem wszystkich. Kto ma pasemka, loki, fale, warkocze, wstążki, kokardy, dredy, kucyki i ułożone ogony – ten wyszedł ponad dziką naturę.  Trzeba więc strzyc, kochani, trzeba się strzyc ze wszystkiego co dzikie; czesać, myć, dbać o higienę, pachnieć trzeba i połyskiwać. Trzeba być eleganckim osłem, sympatycznym baranem, przystojnym bykiem i seksowną  kaczką. Uważasz, że nie jesteś piękny? Bądź przynajmniej podcięty! Uznajesz się za brzydulę? Bądź elegancka!... O ileż piękniejsza jest dumnie krocząca kura od dzikiej kuropatwy, o ileż!... Młodzieży, dlatego nie bój się fryzjera! Nie lękaj się cięcia! Ono cię podniesie, wywyższy, uszlachetni, wydoskonali! A twój kurzy, kaczy, ośli, cielęcy, krowi i świński duch  pokaże się, odczyta i rozpozna siebie –  w twoim wyglądzie!... 

– A ja nie chcę się czesać! –  zawołało nagle cielątko. –  Nie chcę!... 

Przez chwilę wół Józef zaniemówił. Wyglądało to tak, jakby nie rozumiał. 

– Czesać się nie chcę, kudłów chcę!... –  powtórzyło cielątko. –  Mam prawo do kudłów!...

Zapanowała wielka cisza. Wół Józef nic nie mówił,  jakby po szoku dochodził  do swojego normalnego rozumu.  

– Jak to możliwe, że ktoś nie chce być doskonały?... –  zawołał.

Ale cielątko  jakby wpadło  w trans, w  jakiś narkotyk buntu:

– Mam prawo do siebie!... Mam prawo do siebie!... Do gnidy mam prawo!... Do pluskwy!...

Wół Józef znów był w szoku.

– Jak to... Jak można robactwo, ohydztwo, szkaradę i plugastwo umiłować... Jak ukochać można gnidę? Jak możecie, kochani, upaść tak nisko, że z gnidami się równać chcecie? Jak  bratać  się z pluskwą  możecie!?... Azaliż braterstwo z gnidą to wartość?... Azaliż gnida to koleżanka?... Powierniczka sekretów?...

– Nie gnidę kocham, ale wolność!... Wolność swoją!... Moja ci ona, moja!... 

Dramatyczny głos cielątka podekscytował każdego, kto był w sali obecny i nagle sala podzieliła się na dwie równe, równiutkie połowy. I  z tej całościowej klasy wyłonili się  najaktywniejsi i ukazali jako liberałowie. 

– Tak, to małe ma rację!... –  zawołało kilku z nich. –  Ma prawo!... Dlaczego mamy równać wzwyż?...  Każdy ma prawo do kudłów,  do pluskwy, do  gnidy!... Niech żyją gnidy!...  

– Głupi!... –  zawołał baran Romek, który choć starszy, też chodził do  naszej szkoły. –  A głupi wy jak stare osły!...  

– Oszaleliśta!... –  zawołał inny baran.

– Zbaranieliśta!...

– Spleśnieliśta na umyśle!...

– Bić w nich, bić!... –  wyrwał piąty, ale zaraz został zastopowany szeptem  przez barana Romka:

–  Nie tera, nie tera,  półmózgu...

Ale już ogień został rzucony, już się między nami paliło.

– Ma prawo!... Ma prawo! –  wołali postępowcy... – Prawo do kudłów!... Prawo do  gnidy!... Nie musi jej mieć, nie musi kochać, ale ma prawo, ma!...

– Cisza, cisza!... –  skórkojady! –  ryczał  Bari. –  Nie wiecie, co mówicie!... Pchły wcale nie są dobre, wiem, bo mam trzy!... 

Ale postępowcy już krzyczeli chórem, już skandowali:

– Chwa-ła gni-dom!... 

– Cześć koł-tu-nom!...

– Po-rzuć szczot-ki!...

– Złam no-życz-ki!...

A w chwilę potem  wszyscy zwolennicy liberalnego wyglądu przeszli do wspólnego śpiewu: 

 

Kudły!... Kudły!... Liberalizm!...

Precz z fryzurą!... Śmierć fryzjerom!... 

Chwała dzikim bohaterom!...

Siala lala, siala lala, ram pam, pam... 

 

Wół Józef stał, przyglądając się bezradnie temu co się działo.

– Spokój, spokój!... –  zawołał po chwili. –  A czemu wy tacy dzicy, co? A czemu tacy zuchwali? Piękne   dusze baranie, kozie, kogucie, psie, krowie, czemu tak chcecie się uniżyć, hę? Czemu tak chcecie pobrudzić, hm? Czemu tak zdeptać, mm? Po co tacy  butni? Ciemni tacy, dzicy tacy,  chorzy tacy... Jacyś  tacy nietacy... Takie huncwoty, hulaj-mordy, wio-ciemniacy. Nie wstyd wam, nie żenada, a kiś, kiś, studenty! Kiś, kiś... Przecież nie po  to macie szanse rozwoju od natury, od Boga dane i potencjały doskonałości, aby kłaki trzymać na grzbiecie, kudły wielbić,  gnidy hodować i fryzjerów gonić!... Nie po to, czworonożni mężowie, nie po to długowłose panny, zarośnięte szlachetne suczki i powabne jałówki! Azaż nie lepiej dać się ogolić, opitolić, ogrzmocić fryzjerom i światu pięknym się  ukazać?...  Nie lepiej wewnętrzny rozwój własny uczynić,  przyciąć ćwoka od korzenia, zgnieść ofermę u zarodka, zdeptać w sobie  patałacha? Łeb mu ukręcić –  nie lepiej?...       

I znów piskliwy głosik cielątka przerwał  wołowi Józefowi. 

– A ja ofermą chcę! Mam prawo! Szkoły i kultury nie chcę – mam prawo!... Ćwokiem ja, ćwokiem chcę!...

Wół Józef znowu zabierał się do zrozumienia tego, co się stało, nie był to jego dzień, starał się i starał, a w tym czasie milczał, gdy nagle z tyłu wyskoczył kozioł Mac.

– Precz z kulturą! Precz z musztrą, śpiewamy!...

I sam zanucił piosenkę, którą chyba przed minutą ułożył, a z nim zaśpiewali wszyscy liberałowie: 

 

W brodę, w kudły wepnij  kwiaty,

zapal trawkę, będziesz moim bratem.

Umpa, umpa, bum, bum, bum... 

 

Profesor wół Józef już odzyskał rozum, nabrał powietrza w swe wielkie płuca i huknął fundamentalnie: 

–  Czy chcecie być nieukami? Czy chcecie być beznadziejne?...

–  Tak!... –  odkrzyknęła połowa grupy.

Tymczasem pojawił się Wielki Osioł we własnej osobie. On już widocznie wiedział, o co chodzi, ktoś po niego pobiegł, bo po przywitaniu się z profesorem wołem zwrócił się do nas: 

– Wszystko wiem, słyszałem, szanowni studenci, wszystko.  Wasz projekt jest  ciekawy i nowatorski, a kreatywność w nowoczesnej szkole liczy się najbardziej. No a poza tym poszerza obszar wolności. Obala niebezpieczne, konserwatywne mity, burzy społeczne  stereotypy, wprowadza nienormatywne  postacie wiedzy, a przecież o to nam wszystkim chodzi. Oczywiście, wszyscy macie  prawo do samorozwoju w stronę bycia beznadziejnym. Nasi uczeni dowiedli, że beznadziejność jest tylko jedną z form świadomości. A tych nie należy hierarchizować, bo   tak czyni  prawicowa reakcja, która do dziś nie wyszła jeszcze ze średniowiecza. Każda forma świadomości jest równa, równoprawna i równoważna, z wyjątkiem średniowiecznej, oczywiście.  Kto chce być ćwokiem albo ofermą, albo patałachem, ten może, tak, może być, ale  powinien dopełnić tylko formalności. Złożyć wymagane przepisami dokumenty i ze swoim opiekunem naukowym ułożyć stosowny program. Należy w nim zarysować  ramy ćwokizmu,  patałaszyzmu i to w czym się one  przejawią. Oczywiście na najlepszych czekają wysokie stypendia w ramach programu Zostań gwiazdą -  sięgnij gwiazd...   

I dwa dni później zwołano sesję naukową, na której zastanawiano się czy takie postawy jak zaprezentowało cielątko mogą być jednym z celów Unii na lata 2016 - 2020. A potem postarano się o granty, aby badać najnowsze trendy u młodzieży,  takie jak ofermizm, patałaszyzm i ćwokizm.   W szkole liberalnej,  dzięki inspiracji cielątka,  powołano nawet: Katedrę badań nad ofermizmem,  którą zarządzała profesor Ględa, a druga jednostka  szybko przekształciła się w samodzielny:  Zakład badań nad patałachami i kulturową genezą patałaszyzmu. W jej ramach rozważano, czy patałaszyzm ma płeć, czy jest zjawiskiem kulturowym i czy w naszej stodole w stosunku do patałachów występują zjawiska wykluczenia i przemocy symbolicznej. Szybko stwierdzono, że owszem,  w  naszej, konserwatywnej stodole występują, bo  panuje tu jeszcze średniowiecze. Uznano jednak, że należy ułożyć program ochrony ćwoków i  patałachów, aby mogli oni realizować siebie w sposób wolny, występować jako podmioty prawne i aby ich swobodny wybór uzyskał dofinansowanie, pełną aprobatę społeczną i miejsce w mediach. To ostatnie nawet nie było  konieczne, bo do przeprowadzenia wywiadów  z największymi patałachami i ćwokami największe stacje telewizyjne zgłosiły się natychmiast  już na drugi dzień. 

Nowe tendencje, które szybko rozprzestrzeniały się w naszej zagrodzie dzięki niezwykłemu sprzeciwowi cielątka, spowodowały również ożywienie w  szkole po drugiej stronie śliwy. Odbyła się tam dyskusja panelowa z udziałem najwybitniejszych filozofów, filozofek, kulturoznawców i kulturoznawczyń na  temat: jak można by implementować ćwokizm i patałaszyzm  do rzeczywistości społecznej. Całość zagaiła profesorka Ględa, która w pierwszym zdaniu stwierdziła, że każdy ma prawo do takiego życia jakie sobie wybierze, a współczesna szkoła liberalna powinna zmienić hasło: z tworzymy dzieci wykształcone na: tworzymy dzieci wolne.  Mój przyjaciel Igor był na tym spotkaniu. Podobno na przerwie wszystkie zwierzątka wybiegły na plac z wielkim okrzykiem: Hurra!... I dyskusja przeniosła się z pomieszczeń szkoły na plac.

Liberalne dzieci, to znaczy wołki, koziołki, baranki, osiołki, młode kury i w ogóle  lewicujący drób kaczy, gęsi i indyczy wołał podobno w zachwycie:

– Będziemy wolne!... Będziemy beznadziejne!...  Jeszcze nie jesteśmy beznadziejne, dopiero się wdrażamy, ale jak już osiągniemy beznadziejność, to dopiero będzie!... 

I zaczęły się  przechwałki:

– A ja zrobię doktorat z bycia beznadziejnym!

– A ja będę beznadziejnym celebrytą!

– A ja dyrektorem!

– A ja zostanę pilotem i  samolotami  będę latał beznadziejnie! Zwłaszcza lądował będę beznadziejnie!... 

– A ja zostanę chirurgiem i będę   operował z pełną wolnością!...

W tym momencie  podniósł się głos woła Józefa, który uczestniczył w sesji i wyszedł na zewnątrz przewietrzyć się w czasie przerwy: 

–  Nie możesz operować w ten sposób, bo wtedy kogoś skrzywdzisz! Musisz uznać prawa natury i prawo naturalne!... 

Na to  natychmiast zainterweniowała  profesor Ględa:

– Niech się profesor wół hamuje!... Unia zabrania mówienie o prawie naturalnym!... Nie wolno!... Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek! Mamy  wolność!... Nie istnieje prawo naturalne, które czegoś  wymaga, jest tylko prawo natury i prawo stanowione!... Drogie dzieci – zwróciła się do całego grona, które otaczało ją i woła Józefa – drogie dzieci, musicie wiedzieć, że w dziedzinie filozofii prawa konserwa tkwi jeszcze w średniowieczu. W średniowieczu można było mówić, że coś trzeba, że istnieje jakaś etyczna powinność a zwłaszcza powinność wobec samego siebie... Ale dziś? Dziś zwierzątka są  wolne i wy jesteście wolne, kochane dzieci... Nikt nie może wam narzucać jakichś poglądów. Macie prawo głosu o sobie, kochane dzieci, możecie być ćwokami i patałachami, kochane dzieci, trzeba tylko złożyć odpowiednie formularze, najmilsi. Unia wam w tym pomoże, zresztą  już chyba to mówiłam, prawda?... 

– Tak!...

Wszystkie były rozradowane i szczęśliwe. Podobno w następnych  dniach wpłynęło do urzędów Unii bardzo wiele podań. Z pewnej klasy połowa uczniów zdecydowała nawet, że chce być patałachami, a druga, że ćwokami. Jednak Unia szybko zauważyła problem i zarządziła, że wnioski muszą być podpisane przez rodziców. W ten sposób patałaszyzm i ćwokizm, dwa współczesne prądy szkolne, młodzieżowe i kulturowe, które zrodziły się z buntu naszego cielątka, zostały ograniczone. 

Po pewnym czasie z naszej szkoły zniknęły prawie zupełnie – dzięki rodzicom.

 



Dodaj komentarz






Dodaj

© 2013-2017 PRV.pl
Strona została stworzona kreatorem stron w serwisie PRV.pl